Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Diane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Diane. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 stycznia 2016

10.

Annika
   Staraliśmy się cicho i szybko przemknąć przez korytarze, ale nasze buty na to nie pozwalały.
   „Życie dziewczynki jest zagrożone”, pomyślałam i mało brakowało, a wpadłabym na Setha, który raptownie się zatrzymał. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, chłopiec zakrył mi usta dłonią i gestem nakazał milczenie. Wiedziałam, że jeśli wydam z siebie jakikolwiek dźwięk, nasze dni są policzone.
   — ...carre c'phulu a-satino keherere mahirito vaifu herina... — warczał ktoś tuż za rogiem. Obleciał mnie strach. Przycisnęłam się do ściany i skuliłam. Seth chwycił mnie za rękę i poczułam dziwny spokój. Mogła to być magia, Seth przecież powiedział, że to jedna z najważniejszych dla niego rzeczy.
   Wampir wyszedł zza rogu i poszedł dalej, nie zatrzymując się. Nadal coś mamrotał pod nosem, ale w tym momencie obchodziło mnie tylko to, żeby się nie poruszyć. Za istotą powiał zapach węża. Czyżby oni w tym zamku trzymali gady? Miałam nadzieję, że nie.
   Kiedy wampir zniknął w mroku korytarza, a echo jego mamrotania przestało odbijać się od ścian, Seth puścił moją rękę i ruszył dalej. Nie widziałam jego twarzy, ale odniosłam wrażenie, że jest blady.
   Szliśmy dalej korytarzami. Seth prowadził, a ja podążałam za nim, starając się nie czynić niepotrzebnego hałasu. Nie wiedziałam, jak on to robił, że zaprowadził nas od razu do odpowiedniej komnaty.
   Zza zamkniętych, bogato zdobionych hebanowych drzwi dochodziły mnie słowa w nieznanym języku i odgłosy jakby duszonego człowieka. Miałam nikłą nadzieję, że to jest sen.
   Niestety, nie był. To była akcja ratunkowa dla tajemniczej dziewczynki. Teraz moim największym marzeniem było przeżycie tego dnia.

Daniel
   Mimo że wszedłem w portal stopami do dołu, w locie prawem fizyki przekręciłem się i głowa spadała pierwsza.
   Spadałem z dość wysoka. Upadku zapewne nie przeżyłbym.
   Co ja myślałem, kiedy tutaj wskakiwałem? Że to się nie dzieje naprawdę i nie umrę? Widać myliłem się. Po co ja tutaj wchodziłem? Po co słuchałem Azachiela? Mogłem równie dobrze siedzieć sobie teraz w domu, pić kakao i beztrosko czytać książkę, nie mając pojęcia o innych światach, aniołach i innych bzdetach.
   Ziemia zbliżała się zaskakująco powoli. Na filmach zwykle spadało się w oszałamiającym tempie. Może jakiś Bóg nade mną czuwa?
   Przypatrywałem się miastu pode mną. Koślawe stwory szybko rozprzestrzeniały się po nim. Ciekawe, czy mieszkali tam jacyś ludzie, a jeśli tak — to gdzie się ukryli? Uciekli czy zamierzali walczyć? Te wielkoludy nie wyglądały przyjaźnie.
   Chyba nie powinienem mieć czasu na takie rozważania. Zaraz się rozbiję i będzie po mnie.
   Dwieście metrów pode mną słyszę krzyki. Więc jednak ludzie tutaj istnieją.
   Po lewej, od strony wysokiego muru, nagle zaczyna się coś dziać. Małe figury wznoszą się w niebo i z dużą prędkością nacierają na atakujące stwory.
   A ja spadałem coraz niżej. Potrafiłem już rozróżnić poszczególne sylwetki ludzi. Bałem się.
   Upadnę na brukowaną ulicę. Słysząc niemiły metaliczny szczęk, spojrzałem w lewo.
   Nasze spotkanie było nieuniknione. Latający człowiek zbliżał się szybko, a ja spadałem powoli. Oboje na tym ucierpimy, a może nawet umrzemy.
   Rozległo się donośne TRACH! i ja i nieznajomy spadliśmy na bruk. To było bolesne przeżycie, ale wydawało mi się, że nic nie złamałem, tylko kość się przestawiła. Człowiek, mimo że przed chwilą spadł z wysokości co najmniej dziesięciu metrów, podniósł się szybko i zaczął majstrować przy swoim pasie.
   — Cholera. Zaciął się — zaklął i spojrzał na mnie. — A ty coś za jeden?
   — Nazywam się Daniel Simpson — przedstawiłem się spokojnie, mimo serca bijącego w szaleńczym rytmie.
   — Ja jestem Thaniel Vast. Zresztą nieważne. I tak nie przeżyjemy.
   — Dlaczego? — spytałem.
   — Shiganshina znów została oblężona przez tytanów, a oprócz garstki zwiadowców i korpusu żandarmerii nikogo nie ma do obrony. Gdyby były tu główne siły armii, może udałoby się nam przeżyć, ale i tak są na to nikłe szanse. Tytani zjedzą nas żywcem.
   — Nie mów tak! — zaoponowałem. Niewielki płomyk nadziei gdzieś tam palił się w moim sercu. — Przeżyjemy!
   — Nie znasz tego świata. Jest okrutny, pełen bólu i śmierci, nie ma piękna i szczęścia. Zginiemy.
   Westchnąłem. Niech sobie mówi, co chce, ale sądziłem, że i on myśli o jakimkolwiek sposobie uratowania życia.
   Thaniel ruszył ulicą tam, skąd przybył. Przeszedł kilka kroków i obrócił się do mnie.
   — Idziesz czy czekasz na tytanów? — spytał. Podniosłem się z bruku i podążyłem za nowo poznanym chłopakiem.
   Thaniel wyglądał na co najwyżej osiemnaście lat. Ciemne włosy kleiły mu się do spoconego czoła, a złotozielone oczy błyszczały mu w bladej twarzy. Miał długie rzęsy i kształtne usta, a mięśni, które niewątpliwie ukrywały się pod skórzaną kurtką, mogłem mu pozazdrościć. Szedł wyprostowany szybkim żołnierskim krokiem. Był ubrany w białe spodnie i koszulę w nijakim kolorze, a na tym miał jakąś dziwną uprząż. Ciekawe, po co mu ona. Czyżby do latania?
   Szedłem za Vastem po pustych średniowiecznych ulicach, mijaliśmy opuszczone kamienice i place, jakby miasto wymarło dawno temu.
   Nagle za nami rozległ się przerażający ryk i dudnienie.
   — Schowaj się! — krzyknął do mnie Thaniel, a sam z metalicznym szczękiem wyciągnął dwa miecze. Na końcu ulicy pojawił się stwór o wysokości około pięciu metrów, z twarzą dziecka i ohydnym uśmiechem na twarzy.
   — Chyba nie zamierzasz walczyć z tym czymś?!
   — Muszę! Jako obywatel naszego państwa muszę... — urwał i znów zaczął majstrować przy swojej uprzęży. — Schowaj się!
   Nie poradzi sobie. Tytan jest ogromny, a on taki mały i pozbawiony zdolności latania. Powinien uciekać, ale coraz bardziej zdesperowany próbuje naprawić swój sprzęt.
   Powinienem mu pomóc. Ale jak? Nie znam się na tym. Cholera!
   Wreszcie coś się stało. Mocne liny wysunęły się ze sprzętu i zakończone hakami końce zaczepiły się o mur. Thaniel poszybował w górę, wprost na tytana, a we mnie serce zamarło. Zamachnął się mieczami i wyciął z karku tytana kawał ciała. Stwór padł na bruk, a chłopak wrócił w moją stronę.
   — Musimy dostać się na dach — powiedział i z lotu płynnie przeszedł do szybkiego kroku. — Tam ktoś nam pomoże.
   Truchtałem za nim, rozglądając się za tytanami, ale żadnego nie zauważyłem. Thaniel wszedł do jakiejś opuszczonej gospody i wspiął się po schodach na dach, a ja za nim.
   — Wszystko gra? — spytałem, kiedy nagle zatrzymał się na środku dachu.
   — Nie wierzę w to. To nie może być prawda — wymamrotał Vast, patrząc przerażonym wzrokiem na miasto.
   Roiło się od tytanów, którzy zjadali ludzi. Tych ludzi, których widziałem, kiedy spadałem, obrońców miasta.
   — Clanite! — krzyknął rozpaczliwie Thaniel i poleciał w stronę najbliższego tytana, zajmującego się rozrywaniem ognistowłosej dziewczyny na strzępy. Chłopak spróbował zgładzić tytana, ale koślawa kreatura była szybsza. Złapała Thaniela w swoje ogromne łapsko i zmiażdżyłaby go, gdyby nie ostrza miecza.
   Odciął tytanowi wszystkie palce lewej ręki, a potem pozbawił go prawej, w której spoczywała dziewczyna. Ręka z Clanite spadła, ale Thaniel nie zwrócił na to większej uwagi. Odbił się od ściany i przeciął stworowi kark. Olbrzym zwalił się na ziemię, tuż obok Clanite. Dłoń potwora wyparowała, i to dosłownie, bo z miejsca, gdzie wcześniej leżała, teraz unosiła się para i dym. To samo stało się z resztą tytanowego ciała.

niedziela, 28 czerwca 2015

3.

Annika

   Wprowadziłam Setha do hangaru. Był to wysoki betonowy budynek z blaszanym dachem, pozbawiony okien. Źródło światła stanowiły gołe żarówki, porozwieszane tu i ówdzie.
   Oskar od razu zauważył mnie i mojego towarzysza. Natychmiast do nas podszedł. Seth oddychał szybko, a ja czekałam na dwudziestolatka.
   - Annie! - przytulił mnie mocno. - Gdzie byłaś?
   - Zwiedzić miasto - mruknęłam z sarkazmem. - W magazynie przy Dagon Road przywieźli trzy tony żywności długoterminowej dla nas.
   - Ile razy ci przypomniałem, że...
   - Mam nie przebywać na dworze po zmroku - dokończyłam za niego. - Seth mnie uratował.
   Zerknęłam na chłopca obok mnie. Patrzył uważnie na mnie i Oskara.
   - Oskarze, to jest Seth. Seth, to mój opiekun, Oskar Santander - przedstawiłam ich sobie. Podali sobie ręce i wymienili uprzejmości. Mój towarzysz spytał, czy może odpocząć. Oskar kazał mi zaprowadzić gościa do punktu medycznego w rogu hangaru, a potem przyjść do niego, po czym oddalił się.
   - Nie będziesz miała przeze mnie nieprzyjemności? - spytał Seth.
   - O mnie się nie martw, dam sobie radę - uśmiechnęłam się.
   - Dziękuję za pomoc. Nie musiałaś... - Nie pozwoliłam mu skończyć.
   - Owszem, musiałam. Miałabym wyrzuty sumienia. Nie zostawiłabym cię tam, potwór mógł wrócić.
   - Dobrze, niech ci będzie. Dziekuje, Anniko - powiedział cicho.
   - Nie ma za co, Seth. W szpitalu zmienię ci bandaż.
   W końcu doszliśmy do rogu hali, klucząc pomiędzy materacami. Oboje milczeliśmy.
   Posadziłam Setha na stołki, a sama zaczęłam grzebać w szafkach przy ścianie. Wyciągnęłam bandaż. Delikatnie odwinęłam tkaninę na ręce Setha i przemyłam ranę, po czym ją zabandażowałam.
   - Dziękuję - powiedział Seth i uśmiechnął się. Odwzajemniłam gest i poprowadziłam go do najbliższego materaca.
   - Śpij - powiedziałam i zostawiłam go samego.
   Poszłam prosto do Oskara. Mężczyzna zerknął na mnie i westchnął.
   - Po co go tu przyprowadziłaś? - spytał.
   - Bo został ranny w walce z potworem, który polował na mnie - odparłam.
   - Jest łowcą?
   - Tak.
   - Opowiedz mi o tym zajściu.
   Zrelacjonowałam mu wszystko, opisałam dokładnie. Oskar podrapał się po głowie.
   - Dobrze, niech zostanie - zdecydował Santander i machnął ręką. Odeszłam.

~*~
Diane

   Pan okazał się największym nietoperzem. Oczywiście, mogłam się tego domyślić. Zatrzepotał błoniastymi skrzydłami tuż przede mną. Wystraszyłam się, ale nie cofnęłam się. Nietoperz w mgnieniu oka zmienił się w wampira.
   Ten bynajmniej nie śmierdział. Był wysoki, szczupły i blady, jak wszyscy jego pobratymcy. Lekko żółtawe, ostre kły były wyszczerzone w okropnym uśmiechu. Rubinowoczerwone oczy patrzyły na mnie z... Fascynacją? Zaciekawieniem? Czy tak zachowuje się wampir w stosunku do swojej ofiary, którą za chwilę zabije? No raczej nie. Pan miał szpony jak sztylety. Był ubrany w czarne szaty, zarezerwowane dla najwyższych rangą wampirów. 
   - Witaj, Diane - odezwał się ochrypłym szeptem. On może nie śmierdział, ale jego oddech już tak. Cuchnął krwią. - Nazywam się Panermin. Jestem królem wampirów. 
   - Wiedziałam.
   - Co wiedziałaś?
   - Że jesteś królem. Normalne wampiry wydzialają gorszy odór.
   Z cienia zaczęli wychodzić dostojnicy króla. Wampiry. Czy dane mi będzie jeszcze kiedykolwiek zobaczyć normalnego człowieka, czy będę skazana na wieczny smród Dzieci Nocy?
   - Uważaj sobie, Diane, jak chcesz, ale zachowaj trochę szacunku do króla, znaczy się mnie.
   - Wolę iść do likantropów! - oburzyłam się.
   - Burke... - zaczął król ostrzegawczym tonem.
   - Co? - zapytałam zuchwale. Nie będzie mi byle wampir rozkazywał!
   - Zaraz się z tobą rozprawię. Tamaleonie, proszę narysować pentagram.
   Jeden z wampirów, o spojrzeniu szaleńca, zaczął na kurzu na posadzce malować pięcioramienną gwiazdę.
   Czasem myślałam, że pijawki są niewiarygodnie popaprane. Na przyukład taka czarna msza. Po co to komu? Wygodniej jest od razu jeść, niż odprawiać godzinę modłów. Teraz jednak ich tradycja mnie uratowała. Miałam godzinę, żeby się wydostać z tego okropnego pomieszczenia.

~*~
Ethan

   Przeszukałem wszystko. Całe osiedle i pobliski park, odwiedziłem wszystkie koleżanki Danielle. Ani śladu.
   Usiadłem na krawędzi fontanny na skwerze Michaela Jacksona. Nasz bohater narodowy sprzed stu dwunastu lat, patrząc na podpis pod jego pomnikiem. Tatiana zmieniła się w psa i położyła mi łeb na kolanach. Machinalnie drapałem ją za uszami, myśląc o Danielle. Gdzie jest? I dlaczego w ogóle wyszła z domu? Wcześniej nie wziąłem pod uwagę innej opcji - dziewczynka mogła zostać porwana. A teraz leży związana w jakimś magazynie, straciwszy nadzieję na ocalenie... Dlaczego zawsze ja mam takiego pecha?
   - Przestań. Jeśli masz ją znaleźć, nie możesz tu siedzieć i biadolić - powiedziała Tatiana, głos rozsądku. Ma rację. Poderwała się na nogi. Ja również wstałem. Westchnąłem ciężko i poszedłem za Tatianą.
   Musieliśmy przejść przez park. Po lewej, od strony ulicy park był zadbany. Korony drzew nie dopuszczały dużo promieni słońca, ale nie było tu znowu aż tak ciemno. Tylko zielono. Natomiast po prawej park był tak zarośnięty, że lepiej tam nie wchodzić. Dzicz w środku wielkiego miasta. Podobno są tu jelenie i lisy, ale ja nie kwapiłem się, żeby to zobaczyć ja własne oczy. Było ciemno i cicho, w przeciwieństwie do lewej strony, gdzie trele ptaków umilały dzień. Trzeba było uważać na kolczaste rośliny i dołki wykopane przez zwierzęta.
   Szedłem za Tatianą, pogrążony w myślach. Tatiana zatrzymała się raptownie, przez co prawie na nią wpadłem. Dajmona zmieniła się w kota i nasłuchiwała.
   - Co się stało? - spytałem. Może usłyszała głos małej panny Dare.
   - Ciii - uciszyła mnie i dalej wytężała słuch. Po kilkunastu sekundach powiedziała: - Tam ktoś jest. Mówi, że nie mogą tego zrobić. Nie słyszę odpowiedzi dajmona.
   Tatiana wskazała na gęste chaszcze po prawej. Czy to człowiek bez dajmona? Jeśli tak, to lepiej wiać.
   Ludzie bez dajmonów są straszni. Bezduszni. Dajmon to dusza. Stanowi jedność z człowiekiem. Ludzie poddani procesowi oddzielania już nie mają duszy. Są puści, bez uczuć, bez niczego. Praktycznie rzecz biorąc, nie są już ludźmi. Są maszynami.
   - Jesteś pewna, że nie ma dajmona?
   - Nie wiem. Nie słyszę. Chodźmy to sprawdzić.
   Tatiana zmieniła się w tygrysa i śmiało powędrowała do prawej krawędzi ścieżki. Rozejrzałem się. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Bezszelestnie przemknąłem się do ściany krzaków i zacząłem szukać jakiejś dziury, przez którą mógłbym przedostać się na drugą stronę. Po chwili znalazłem otwór dostatecznie duży, żebym mógł się przez niego przecisnąć. Narobiłem przy tym trochę hałasu.
   Druga strona wyglądała naprawdę pięknie i nie była aż tak zaniedbana, jak mówili. Owszem, ścieżki były zarośnięte, ale nic poza tym. Drzewa rosły gęsto, prawie jedno na drugim. Kilka dębów zrosło się razem, tworząc naprawdę gruby pień. Na rych zrośniętych drzewach ktoś, nie wiadomo po co, wybudował domek. Pod moimi stopami rosła zielona, bujna trawa i leśne kwiaty. Gdzie nie spojrzeć, zobaczyło się dywany zawilców i leśnych dzwonków. Było tu pięknie i... Cicho. Tylko samotny dzięcioł stukał w korę, ale wkrótce umilkł.
   - Tat? Gdzie oni są? - spytałem szeptem dajmonę.
   Tygrysica nie zdążyła odpowiedzieć. Ktoś za moimi plecami prychnął. Odwróciłem się szybko.
   - Jezus, Maria! - krzyknąłem przerażony.

środa, 3 czerwca 2015

1.

Daniel
   – Simpson! Lekcja nie jest od spania! – warknął pan Fletcher w moją stronę. Cóż, ławka może nie była najwygodniejsza, ale lepsze to niż samo twarde krzesło.
   – Ma pan rację, panie profesorze. Przepraszam – powiedziałem dla świętego spokoju i wyprostowałem się. Miałem niejasne przeczucie, że dziś stanie się coś złego, coś, co wpłynie na mnie i moje przyszłe życie.
   Nazywam się Daniel Simpson. Mam piętnaście lat, chodzę do gimnazjum imienia Roosevelta w San Francisco. Dostałem się tu głównie z powodu mamy, która zna dyrektora. Najbardziej nie znoszę fizyki. Nauczycielka nie jest odpowiednio wykwalifikowana, moim zdanuem. Dość o szkole.
   Mam życie jak każdy inny chłopak w moim wieku – jeżdżę na deskorolce, kumpluję się zarówno z dziewczynami, jak i chłopakami, chociaż przyjaciół mam niewielu. Czytam książki Rowling i Riordana, słucham Beyonce i Rihanny. Oglądam filmy z Emmą Watson i Tomem Hanksem, mam kochających rodziców i dziewczynę na oku. Eddie, Lily i Natalie, moi najbliżsi przyjaciele, twierdzą, że jestem zwariowany bardziej, niż ich troje razem wziętych. Tak, czasem do głowy przychodzą mi niestworzone rzeczy. Raz, na przykład, włożyłem mysz do torebki pani Portmann, która nie cierpi tych stworzeń. Wylądowałem wtedy na dywaniku u dyra (swoją drogą to pan Richards ma miękki dywan w swoim gabinecie), ale pisk nauczycielki był tego wart. Mówią też, że jestem wesoły i energiczny. Działam bez namysłu, totalnie spontanicznie, jestem nieugięty i dążę po trupach do celu. Jestem ryzykantem, w myśl przysłowia ,,bez ryzyka nie ma zabawy".
   Przeglądając się w lustrze widzę wysokiego, umięśnionego chłopaka, jego nieskazitelnie bladą, niemal białą skórę, wargi koloru malin i komplet śnieżnobiałych zębów. Jasnoblond włosy sterczą na wszystkie możliwe strony, nawet nie próbuję ich układać. I oczy. Najbardziej w sobie lubię oczy. Codziennie mają inny odcień. Raz są w kolorze morskiej fali, raz wyglądają jak szafiry. Niekiedy mają barwę nieba, czasem są tak intensywnie niebieskie, że boję się patrzeć w lustro, żeby samego siebie nie zahipnotyzować ich spojrzeniem. Zastanawiam się, jakim cudem nie pokazują mnie w muzeum. Jeszcze nikt w szkole tego nie zauważył, nie wiem jak i nie wiem dlaczego. Te piękne oczy okalają długie rzęsy i regularne brwi.
   Jesteśmy bogaci. Matka jest właścicielką kancelarii adwokackiej, ojciec – słynnego hotelu ,,Dipro" w centrum. Rodzice spełniają każdą moją zachciankę, sądząc zapewne, że mnie tym uszczęśliwią. Nie jestem materialistą, ale skoro dają, to korzystam. Mieszkamy w eleganckiej willi z basenem, kortem tenisowym i wielkim ogrodem w jednej z najlepszych dzielnic. Moi kumple często przychodzą do mnie i urządzamy spotkania przy ognisku, imprezy i wieczory filmowe w naszej domowej sali kinowej.
   Do gimnazjum Roosevelta uczęszczają tylko najbogatsze dzieciaki z Frisco, synowie i córki znanych lekarzy, prawników, właścicieli firm i sławnych osób. Eddie jest synem znanego chirurga plastycznego, pana Byrnisona. Natalie McFinn jest córką prawnika i aktorki drugoplanowej, Stelli Gaston. Lily de Duchannes jest potomkinią poetki francuskiej Dinnah Purmon i francuskiego piosenkarza, Arnel de Duchannesa. Taylor Buenne i Felicia Buenne są bliźniaczkami, ich rodzicami są była pani polityk francuska i słynny Włoch, Ernest Buenne, wybitny malarz. Chris i jego dwa lata starszy brat Jake są synami Zean Jutte i Pitta Browna. Patrick Houston, syn aktorki Rinny Houston. Patricia i Arthur Saint-Lorenz, dzieci właściciela popularnej sieci SPA i dyrektorki banku. To by byli wszyscy moi kumple.
   Lekcje strasznie się wlokły. Chciałem już tylko wrócić do domu, sprawdzić, czy wszystko w porządku i czy na pewno nikomu nic się nie stało.
   Kiedy w końcu usłyszałem ostatni tego dnia dzwonek, wystartowałem niczym torpeda w stronę drzwi wyjściowych. Spodziewałem się czarnego audi, które zawsze na mnie czekało, kiedy kończę lekcje. Na parkingu stało wiele samochodów, jednak żaden nie przypominał własności moich rodziców. Zdziwiłem się. Zawsze pokonywałem drogę do domu wygodnie rozpostarty na tylnym siedzeniu. Wygląda na to, że tym razem chyba się przejdę na piechotę.

~*~

Ethan
   Jestem Ethan Dare, mam czternaście lat. Wiodę spokojne życie w świecie, gdzie są dajmony. Moja dajmona nazywa się Tatiana, jeszcze nie ma swojej stałej postaci, chociaż najczęściej zmienia się w rysicę lub samicę pumy. Chodzę do gimnazjum Stonewall w Nowym Jorku, który po wojnie stał się częścią Brytanii. Jest dobre i nie trzeba płacić wiele. Matka z ojcem chcą, abym w przyszłości został prawnikiem lub ekonomistą, natomiast ja sam zamierzam zostać żołnierzem. Chcę wysadzać mosty i strzelać z karabinu. Chcę podróżować, spać pod gwiazdami i strzec Imperium Brytyjskiego przed najazdami Skraelingów z Północy.
   Jestem taki, jak inne dzieciaki w okolicy – gram w kosza ze starszymi chłopakami, interesuję się dziewczynmi, słucham Kaledonu i Ravenisa, mam fioła na punkcie astronomii (no, może to jest niecodzienne zainteresowanie). Jestem skromny i pracowity, oszczędny i cichy. Uwielbiam letnie noce, kiedy mogę obserwować gwiazdy z dachu naszej kamienicy. Mam też jednak sporo wad, na przykład nieufność w stosunku do obcych, przemądrzałość i zbytnia pewność siebie.
   Mam brązowe włosy, sięgające mi do ramion, jasną karnację i niską, raczej szczupłą sylwetkę. Mam brązowe oczy. Są moim największym atutem, co jakiś czas mają inny odcień – raz są bursztynowate, innym razem ciemne jak smoła. Są piękne.
   Moja rodzina składa się ze mnie, moich trzech sióstr (Rose-Marie, Annabelle i Danielle Dare), dwóch braci (James i Sean Dare), matki Sally i ojca, Benny'ego. Jesteśmy średnio zamożni; matka pracuje w hotelu, ojciec został nauczycielem historii w moim gimnazjum. Mój najlepszy przyjaciel, Robert Peterson, mieszka piętro wyżej, przyjaźnimy się, odkąd sięgam pamięcią.
   Ten dzień był wyczerpujący, zarówno dla mnie, jak i Tatiany. Oboje się nabiegaliśmy na w-fie, gdyż prowadzący tę lekcję pan Larkson jest surowy i nie odpuści nam ani chwili.
   Razem z Robertem i jego dajmoną-wiewiórką Elesei wróciliśmy do naszej kamienicy.
   – To co? Za pół godziny na boisku? – spytał.
   – Jasne – powiedziałem i weszliśmy do mieszkania.
   Pachniało zupą pomidorową. Widocznie Rose-Marie dzisiaj gotuje, bo ona potrafi przygotować tylko zupę pomidorową. To Annabelle jest tą od garów.
   Ściągnąłem buty i wszedłem do kuchni.
   – Danielle? – rozległ się głos Rose-Marie, wołający moją najmłodszą siostrę. Danielle miała dopiero osiem lat.
   – To ja, Ethan.
   – Boże, Ethan. Dobrze, że już jesteś – powiedziała roztrzęsionym głosem. Jej dajmon-wróbel zaćwierkał cichutko. – Danielle zniknęła.
   – Jak to zniknęła?!
   Byłem w szoku. Danielle, mała, bezbronna Danielle, zniknęła. Nie było jej. Rozpłynęła się w powietrzu.
   – Normalnie, wychodziłam rano z domu i była, bolał ją brzuch. Przyszłam i jej nie znalazłam, a drzwi były zamknięte na klucz!
   – A nie ma jej u sąsiadów?
   – Nie ma, sprawdzałam. O Boże, Ethan, co my teraz zrobimy?!
   – Przede wszystkim się uspokój. Zadzwonimy do jej koleżanek, może siedzi u którejś z nich.
   – Ale przecież drzwi były zamknięte! Danielle nie ma klucza!
   – To zadzwonimy do mamy i na policję! Uspokój się wreszcie!
   Rose-Marie wzięła kilka głębokich oddechów. Tatiana pomogła pozbierać się jej dajmonowi.
   – Rose... Znajdę ją. Obiecuję – powiedziałem i zostawiłem siostrę w rozpaczy na stołku kuchennym.

~*~

Annika
   – Dalej, Ann! Biegnij! – szeptałam do siebie. Pędziłam przez puste ulice w takim tempie, że widziałam tylko zamazane kształty. Miałam szczęście, że znałam miasto jak własną kieszeń. Prześladowcy byli już blisko, czułam to. – Jeszcze tylko dwa zakręty...

   Żyję w ciągłym niebezpieczeństwie, stresie, woli przeżycia kolejnego dnia. Mój świat jest przerażający. Wszędzie tylko potwory, śmierć i mnóstwo dzieci zbyt małych, żeby samodzielnie żyć. W moim świecie, jeśli dożyje się trzydziestki, jest się uznawanym za naznaczonego. Większość dzieci nie dożywa osiemnastki, dlatego dorośli, którzy uchowali się przed śmiercią, starają się zapewnić im bezpieczeństwo.
   Jestem Annika Stein, mam czternaście lat. Jestem sama, sama jak palec. Moja rodzina zginęła z rąk potwora ze ścieków. Mieszkam razem z kilkudziesięcioma innymi dzieciakami w dawnym hangarze samolotowym. Białe Damy go chronią, dlatego żadna kreatura nie może tam wejść, chyba, że jest zaproszona (co się zdarza tylko przez przypadek).
   Wyglądam nijako. Mam brudne włosy, które po umyciu wyglądałyby jak złoto, mały nos, wydatne kości policzkowe i różowawe usta. Jestem strasznie blada. Moje oczy są jedyne w swoim rodzaju – mają barwę jadowicie zieloną, albo są w kolorze trawy. Zdarza się, że jedno oko ma inny odcień niż drugie, ale raczej niewiele osób zwraca na to uwagę. Są zbyt zajęci unikaniem śmierci. Jestem niewysoka i chorobliwie chuda. Pan Santander, potocznie zwany Oskarem, jedyny dorosły w naszym hangarze, codziennie wmusza we mnie jedzenie, żebym była tłuściejsza. Lubię swoje ciało i nie zamierzam tyć tylko dlatego, że wyglądam jakby byle wiatr był w stanie mnie połamać.
   Interesuję się tylko jednym – przeżyciem. Chcę, żeby ten koszmar w moim świecie już się skończył. Żeby nie było tych wszechobecnych potworów. Łowcy robią, co mogą, ale nie potrafią sobie z nimi poradzić. Ciągle przybywa i kreatur, i łowców, ale częściej giną ci drudzy. Chciałabym też zostać łowcą. Skończyć to piekło i wygnać potwory tam, skąd przyszły. To okropnie widzieć, jak tuzin niewinnych dzieci umiera w szponach takiego Chavervoulta czy Zydygo, kiedy wiesz, że możesz im pomóc...
   Jeszcze tylko dziesięć kroków...
   Dzewięć...
   Słyszę sapanie za mną i odór Yxelnate.
   Osiem...
   Siedem...
   Mijam wąską, ciemną uliczkę.
   Sześć...
   Słyszę tupot stóp za mną.
   Pięć...
   Dociera do mnie, że to nie potwór.
   Cztery...
   Patrzę za siebie...
   Trzy...
   Widzę, jak szpony Yxelnate rozdzierają rękę łowcy.
   Dwa...
   Łowca w ostatniej chwili rysuje Znak i stwór pada martwy w kałuży własnej krwi.
   Jeden...
   Łowca ledwo oddycha.
   Porzuciłam myśl o ucieczce do hangaru i podbiegłam do mężczyzny. Nie, to nie był mężczyzna. To był chłopiec, trochę starszy ode mnie. Miał piaskowozłote włosy i był dość napakowany. Ciężko go będzie zawlec do mojego domu.
   Uklękłam po jego prawej stronie i delikatnie poklepałam po policzku. Rozpięłam mu skórzaną kurtkę i koszulę, zbadałam jego stan. Miał połamane żebra. Yxlnate musiał mu zmiażdżyć kości. Na jego szyi znalazłam nieśmiertelnik – taki medalion z imieniem i nazwiskiem, datą urodzenia i tym podobnymi informacjami. Według niego nazywał się Seth Cabalos.
   – Seth... Seth... – szeptałam ciągle, klepiąc go po policzku. Poruszył nieznacznie głową, po czym otworzył oczy. Miał żółte oczy, jak jakieś zwierzę. Oddychał z trudem.
   – Kim...? Gdzie...? – wychrypiał.
   – Cii, nie ruszaj się – powiedziałam cicho.
   Nie wiedziałam, co dalej zrobić. Biec po Oskara? Zostać tutaj i przetransportować Setha do hangaru? A może zostawić go tutaj i odejść? Nie, tego ostatniego nie mogłam zrobić. Skoro już przy nim jestem, to zostanę. Tak jakby uratowałam mu życie, prawda?
   Zrobiłam tak, jak podpowiadała mi intuicja. Położyłam rękę na jego klatce piersiowej i zamknęłam oczy. Skupiłam się na kościach, na tym, żeby się zrosły. Niewielka część mnie szczerze wątpiła w ten zabieg. Rozległ się cichutki trzask z wnętrza Setha, ale zignorowałam go.
   Po chwili otworzyłam oczy i jeszcze raz zbadałam szkielet blondyna. Kości, jakimś cudem, zrosły się. Nie wiedziałam, jak to się stało, ale teraz ważniejsze było życie Setha. Pozostała tylko zraniona ręka.
   Seth patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami. Bał się, słyszałam szybkie rytmy jego serca.
   W kwestii ręki niewiele mogłam poradzić. Trucizny nie były moją specjalnością, nie miałam pojęcia, jak zatamować krew z rozoranej skóry.
   – W lewej kieszeni są lekarstwa – wymamrotał Seth. Sięgnęłam do miejsca, gdzie powinien znajdować się woreczek z ziołami, słoiczek z maścią i buteleczka wody. – Najpierw woda.
   Przemyłam ranę, a Seth się skrzywił. Następnie nałożyłam krem i zioła. Spojrzałam na Setha.
   – Jak się czujesz?
   – Dobrze – mruknął. – Kim jesteś?
   – Annika Stein. Mieszkam w tym hangarze – powiedziałam i wskazałam na blachy, tworzące halę. – Dasz radę wstać?
   Seth, z pewnym trudem, podniósł się na nogi i przytrzymał ściany.

~*~
Diane
   – Boję się – szepnęłam do Nica.
   – Ja też – odparł mój przyjaciel.
   Siedzieliśmy skuleni na brudnej posadzce w ciemnym, nieprzyjemnym lochu. Niewielu ludzi stąd wychodzi żywymi, ba!, jeszcze nikt stąd nie wyszedł w ogóle.
   Wampiry są okropne.
   Nazywam się Diane Burke, mam czternaście lat i niezwykłe szczęście, bo jakoś przeżyłam w tej norze dwa miesiące. Większość więźniów nie dożywa nawet tygodnia, gdyż wampiry nie są zbyt łaskawe.
   Mam kruczoczarne włosy i oczy w tym samym kolorze. Zawsze takie były. Podobno po urodzeniu matka chciała mnie spalić, ponieważ miałam takie przerażające tęczówki. Jestem wysoka i zwinna, mam śniadą skórę. Mam mały nos i wydatne usta, zgrabne, długie nogi i bardzo bujną wyobraźnię, czasem sama się jej boję.
   Jestem nieznośna. Każdy mi to mówi, nawet młode wampiry, które codziennie przynoszą nam jedzenie. Cechuję się ciętą ripostą i niezwykłą wręcz głupotą, bo czasem ni z tego, ni z owego przychodzi mi do głowy cisnąć kamieniem w służącego wampira. Warczy wyptedy na mnie i rzuca kamieniem gdzieś koło mojej głowy.
   Przez dwa miesiące stopniowo zaczęłam się przyzwyczajać do mroku i ciemności, aż tu trzy dni wcześniej wrzucono do lochu mojego przyjaciela, Nico. Bałam się, ale bardziej o niego niż o siebie.
   Drzwi otworzyły się na oścież i stanął w nich młody wampir, ten sam, który codziennie musi mnie znosić. Miał kredowobiałą skórę, oczy jak rubiny i wielkie kły, wystające z górnej szczęki. Był odrażający, zresztą jak wszyscy przedstawiciele jego rasy. Ja chcę do wilkołaków!
   – Diane Burke, Pan chce cię widzieć – wywarczał.
   Podejrzewałam, że Pan to najstarszy członek rodu, do którego należy ten dwór. Nico posłał mi przerażone spojrzenie. Uśmiechnęłam się do niego pokrzepiająco i podniosłam się na nogi.
   – Ruszaj się!
   – Boicie się też mydła? – spytałam, marszcząc nos. Wampir cuchnął jak jakiś bydlak. Przeszłam te kilka metrów, które mnie od niego dzieliło.
   Warknął na mnie i zatrzasnął zakratowane drzwi. Echo długo jeszcze niosło się po domu. Brutalnie złapał mnie za rękę i bezceremonialnie ciągnął po schodach (to nie było przyjemne) i zimnych kamieniach korytarzy. W końcu pchnął jakieś drzwi i niezbyt delikatnie wrzucił mnie do środka jak szmacianą lalkę. Wylądowałam na brzuchu na zakurzonej podłodze. Rozkaszlałam się, nienawidzę kurzu. Powoli podniosłam się do pozycji siedzącej i rozejrzałam po pomieszczeniu.
   Wszędzie wisiały czarne kotary. Jedynym meblem był czarny marmurowy stół i figura jakiegoś wampirzego bóstwa. Bogaty żyrandol wisiał nisko, a na nim pobłyskiwały samotne świece. W górze latało stadko nietoperzy.
   Ciekawe, którym z nich jest Pan.