Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Daniel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Daniel. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 grudnia 2015

9.

Ethan
 
   Szliśmy w ciszy już długo. Między liściami drzew widać skrawki fioletowego nieba. Zaraz pochłoną nas ciemności, ale Lisa nie zwalniała.
   Odniosłem wrażenie, że im dalej idziemy, tym las robi się gęstszy, ale posłusznie szedłem za dziewczynką. Smoczyca człapała za mną, a Tatiana w postaci sowy leciała nad nami.
    — Lisa? Zatrzymamy się na noc? — spytałem.
   — Niestety musimy. Jesteś zmęczony?
   — Trochę — skłamałem. W rzeczywistości wszystkie mięśnie mnie rwały, byłem głodny, spragniony i zmęczony.
   Boże, jeśli tak ma wyglądać dzień w wojsku — wyczerpujące marsze, zero posiłków przez cały dzień, upał, pot i zmęczenie — to kiedy już wrócę do domu, rozejrzę się za innym zajęciem.
   — Wiem, że jesteś okropnie zmęczony. Ja też. Bycie wyczerpanym to żaden wstyd — powiedziała Lisa, a ja zdziwiłem się, że powiedziała coś bez pytania.
   — Tutaj nie, ale w wojsku tak — odparłem.
   Szliśmy jeszcze kawałek w milczeniu. Dziewczynka zatrzmała się pod wielkim dębem. Jeden z jego korzeni był ogromny i wystawał ponad ziemię, tworząc małą jamkę, w której spokojnie mogło się zmieścić troje dorosłych ludzi.
   — Tutaj się zatrzymamy — oznajmiła Lisa. Kazała Capii zostać, a potem zwróciła się do mnie: — Twój dajmon może się zmieniać w różne zwierzęta, prawda?
   Skinąłem głową.
   — W takim razie wy poszukacie wody i drewna na opał, a ja rozejrzę się za jedzeniem.
   — Jak zamierzasz coś upolować? Nie masz żadnej broni.
   — Poradzę sobie bez. W naszej wiosce wszyscy muszą potrafić upolować zwierzę mając do dyspozycji tylko patyk — powiedziała i odeszła, zanim powiedziałem coś jeszcze.
   — Chodź, Tatiana — powiedziałem i ruszyłem w drugą stronę. Dajmona zmieniła się w jastrzębia i poszybowała nade mną, wypatrując wody, a ja szedłem za nią, zbierając chrust.
   Po dwóch minutach miałem całkiem spory stosik drewna, ale dalej jeszcze szedłem za dajmoną. Jastrząb twierdził, że woda jest niedaleko. Kiedy usłyszałem szum wodospadu, powietrze rozdarł nieludzki krzyk. Poznałem Lisę po głosie i zamarłem. Co jej mogło się stać? Napadło ją dzikie zwierzę, niecywilizowane plemiona czy Bóg wie, co jeszcze?
   Kiedy tylko odzyskałem panowanie nad ciałem, porzuciłem drewno i z Tatianą-tygrysem pobiegłem w stronę głosu mojej towarzyszki.
   Gdy byłem już blisko, potknąłem się i wyrżnąłem jak długi na korzenie drzewa. Musiałem wstać, ale nie miałem siły. Musiałem uratować Lisę, zanim zabiorą mi ją jak Danielle.
   Kiedy tak przekonywałem swoje mięśnie do daleszego wysiłku, czyjeś silne ręce podniosły mnie z ziemi. Zacząłem się szarpać i wierzgać, ale nieznajomy miał mocny uścisk.
   — Jeśli dalej będziesz wyczyniać takie wygibasy, to cię nie utrzymam — powiedział obcy męski głos.
   — Tatiana! — wydarłem się. Mężczyzna, który mnie trzymał, powiedział coś w jakimś śpiewnym języku. Poczułem, że moja dajmona jest zagrożona, ktoś ją dotyka, a po chwili odpłynąłem w ciemność.


Daniel
 
   Znalazłem. Przejście znajdowało się za wieszakami z dżinsami w sklepie Sinsay w Brodwick Center. Z mojego domu jest to z osiem kilometrów, więc przeszedłem spory kawałek.
   — Azachiel, myślisz, że jeszcze kiedyś wrócę do domu, do tego świata? — zapytałem, uprzednio rozglądając się, czy nikt nie jest w stanie mnie usłyszeć.
   — Nie mnie to wiedzieć, Daniel. Wchodzisz?
   Spojrzałem w wycięte w powietrzu okienko. Krawędzie były niedostrzegalne. Obraz w środku był ruchomy: przedstawiał średniowieczne miasto widziane z góry. Z bardzo wysoka. Gdybym spadł tam na ziemię, niewątpliwie skończyłbym dwa metry pod ziemią. Nie to mnie najbardziej przerażało. Przez zniszczoną bramę do miasta przedostawały się koślawe człowiekowatopodobne istoty.
   — Mam tam wejść?
   Anioł skinął głową.
   — I pamiętaj, Danielu. Nawet jeśli mnie nie widzisz, jestem przy tobie.
   — Dobra, zapamiętam. No to wchodzę — powiedziałem i starałem się nie myśleć o wysokości, z jakiej zaraz spadnę. Uklęknąłem przed wieszakiem i powoli pod niego wszedłem, a następnie przesunąłem się w stronę portalu. Wszedłem nogami w dół i nie pożałowałem tej decyzji.
   Zacząłem spadać.

piątek, 7 sierpnia 2015

6.

Daniel

   Po pięciu minutach od wyjścia z domu skręciłem w bardziej ruchliwą ulicę. Ludzie przemieszczali się we wszystkie możliwe strony, kierowcy trąbili. Zatrzymałem się pod ścianą jakiegoś domu i przyjrzałem się dokładnie przechodniom.
   Obok każdego człowieka, nad nim albo za nim unosił się anioł – niebieskawa istota niewidoczna dla zwykłych oczu. Ciągle się zastanawiałem, dlaczego ja widzę anioły, a zwykli ludzie nie. Popatrzyłem na samochody. Kierowca wydawał się być nieświadomy, że obok niego siedzi jego stróż i patrzy, jak ten rozmawia przez telefon. Teoretycznie nie powinien tego robić podczas prowadzenia samochodu. Ciekawe, czemu jego anioł mu na to pozwala. Nic z tego nie rozumiałem.
   — Chodźmy. Zanim znajdziemy jakiekolwiek przejście, trochę się nachodzimy. Zrzucisz parę kilo.
   — Sugerujesz, że jestem gruby? — szepnąłem oburzony.
   — Oczywiście, że nie. Mówię tylko, że przejdziemy kilka, a może kilkanaście kilometrów.
   Przewróciłem oczami i ruszyłem chodnikiem. Mijałem anioły i ich podopiecznych, którzy nawet na mnie nie zerkali. Byli zbyt zajęci swoimi sprawami. Anioły także nie zwracali na mnie uwagi. Kiedy nie mówiłem do mojego stróża wydawali się nie zauważać mojego istnienia. Dopiero kiedy szepnąłem coś do Azachiela, byli zdumieni, że widzę swojego anioła. Ja na ich miejscu też bym się zdziwił.
   Jakieś trzy godziny później byliśmy w centrum. Tutaj samochody stały w ciągłym korku, a piesi poruszali się z szybkością żółwi.
   — Azachiel, w takim tempie to dzisiaj nie dojdziemy nawet do mostu Golden Gate — zauważyłem.
   — Poddajesz się?
   — Nie, ale… Może odpocznijmy, co?
   — Ale…
   — Proszę. Tylko pół godzinki — zrobiłem maślane oczka. Z punktu widzenia szarych obywateli San Francisco musiało to wyglądać co najmniej dziwnie.
   — Przejście jest już niedaleko — oznajmił Azachiel.
   — Dobra, dobra, już idę — mruknąłem i powlokłem się za aniołem. I tak nie mógłbym iść szybciej między tyloma ludźmi. Była sobota, to zrozumiałe, że był tutaj taki tłok. Ale dlaczego akurat wtedy, kiedy się spieszę?


~*~


   Samuel DeVitt podniósł się z krzesła. Gość? Ludzie nie mieli prawa wstępu do tego świata. Była to jego prywatna Ziemia, jego własny wszechświat, stworzony specjalnie przez niego dla niego. Nikt go tutaj nie odwiedzał, o ile Samuel tego nie chciał. Sam musiałby stworzyć przejście. Więc jakim cudem…?
   Wziął głęboki oddech. Nie wolno nam panikować ani okazywać zaskoczenia. Strzepał niewidzialny pyłek z ulubionej marynarki i wyszedł na korytarz, uprzednio każąc golemom wpuścić niespodziewanego gościa.
   Wszedł do salonu. Na kanapie siedział młody mężczyzna i przyglądał się golemom. Nie zauważył wchodzącego gospodarza.
   Gość miał jasną skórę, czarne włosy i rubinowoczerwone oczy, które przyciągały uwagę. Przystojną twarz, oszpecała blizna na lewym policzku, od brwi do żuchwy. Wyglądał na jakieś dziewiętnaście lat, był średniego wzrostu, ale dobrze zbudowany. Ubrany w ciemne spodnie i koszulę wyglądał dobrze, ale nie dość dobrze, żeby porównywać się do Johnny'ego Deppa z któregoś ze światów. Na szyi miał srebrny medalion w kształcie owalu.
   ~ Panie, to może być pułapka ~ odezwał się jeden z golemów, które krążyły po salonie.
   ~ Wiem ~ odpowiedział DeVitt. ~ Idźcie do mojego gabinetu i pilnujcie go. A dwoje z was niech tu zostanie.
   Golemy zrobiły, jak kazał. Dobrze, pomyślał Samuel. Zobaczmy, co nasz gość ma nam do powiedzenia.
Usiadł w fotelu naprzeciwko gościa, który był wpatrzony w istoty, które stworzył Samuel.
   — Dzień dobry — przywitał się mężczyzna, sprawiając, że chłopiec podskoczył na kanapie.
   — Dzień dobry — odparł, przywołując się do porządku. — Nazywam się Tobias von Hetzer. Jestem…
   — Nie kłam mi tu w żywe oczy — syknął Samuel. — Nazywasz się Harry Clinford. Znak zodiaku – Rak. Grupa krwi A, Rh dodatnie. Ulubiony smak lodów — czekoladowy. Nazwisko rodowe matki – Benson. Mieszkasz w pałacu lodowym na górze Hexlog, służysz Sophii Craig od najmłodszych lat. Czego chcesz?
   — Dobrze, panie DeVitt, zgadł pan prawidłowo. Przyszedłem po coś, co należy do mojej pani.
   — To znaczy? — zapytał podejrzliwie. Sophia Craig  przyszłaby osobiście, gdyby chodziło o coś ważnego. A czuł, że ta sprawa jest ważna.
   — Przyszedłem po jej córki.
   Pan Ziemi nie dał po sobie poznać, jak bardzo to jedno zdanie wytrąciło go z równowagi. Jak Sophia dowiedziała się o tym świecie? Jakim cudem pojawiło się przejście? I dlaczego nie przyszła osobiście?
   Samuel zastanawiał się, jak jego była żona znalazła swoje córki? Przez dziesięć lat nie miała z nimi kontaktu, a teraz nagle zachciało jej się spotkać z Carmen, Tarą i Phoebe? Sprawa była podejrzana.
   Był wściekły. Oczy DeVitta zwęziły się w szparki.
   — Masz problem, młody, bo ja ci w tym nie pomogę — stwierdził dobitnie. Jego spojrzenie sprawiło, że Harry Clinford na chwilę zamarł w miejscu.
   — Ona… Ona mnie ukarze — wyjąkał.
   — To jest już twój problem — powiedział beznamiętnie. Młodzian zaklął siarczyście i skierował się do drzwi.
   — Jeszcze tu wrócę! I zabiorę jej córki, zaciągnę je tam za kudły! — krzyknął.
   — To była groźba? — spytał Pan Ziemi, nie ujawniając jakichkolwiek emocji.
   — Nie, to była obietnica — warknął Clinford i zatrzasnął drzwi.

środa, 8 lipca 2015

4.


   Samuel DeVitt machnął ręką i rozległ się szczęk zamka. Wziął nóż, jakby była to największa świętość, i przyjrzał się ostrzu.
   Jedna krawędź była z demonicznej stali. Tą część wykonały demony. Była nieskazitelnie srebrna i idealnie ostrą. Mogła przeciąć każdy materiał, choćby był najbardziej wytrzymały. Druga krawędź była bardziej niezwykła, złotawa i pozornie tępa. Te złote ostrze było najniebezpieczniejsze. Wykonane ze stopu metali, których nazw nie potrafił wymówić. Jednak to rękojeść sztyletu najbardziej go urzekła. Srebrna, z misternie wyrzeźbionymi starożytnymi runami, wężami owijającymi się naokoło, ze strzałą przebijającą gwiazdę. Wszystko to wyrzeźbione tak dokładnie, że wydawać by się mogło, że powstało w sposób naturalny, a nie zostało wykute przez człowieka. I rzeczywiście, nie było wykute przez człowieka. Tego Samuel był pewien.
   Nóż był od początku, od powstania pierwszego świata. Od milionów lat wybierał sobie następnego właściciela, ale zawsze był to mężczyzna. Człowiek ten był naznaczony od urodzenia. Najczęściej był niepełnosprawny, jak na przykład poprzednik Samuela. Lub miał jakieś niespotykane umiejętności. Na przykład Samuel. Był panem Ziemi. To dlatego w jego domu nie było służących. Były golemy, istoty stworzone z błota na kształt człowieka. Mężczyzna nie czuł się najlepiej wśród ludzi, dlatego kiedy tylko dostał w swoje ręce nóż...
   Rozległo się pukanie do drzwi.
   — Nie ma mnie! — krzyknął DeVitt i włożył sztylet do szuflady. Zamknął ją na klucz, który schował do kieszeni spodni.
   ~ Panie? ~ usłyszał w głowie. Tylko jego golemy mogły to robić, nie narażając się na szaleństwo. Inni ludzie nie wytrzymaliby tego.
   ~ Tak?
   ~ Mamy gościa ~ oznajmił golem i wycofał się z jego myśli.

~*~

Ethan
   Przede mną stała dziewczynka. Nie była to Danielle. Miała na oko dziewięć lat. Ciemne włosy spadały falami na jej plecy, a fiołkowe oczy wpatrywały się we mnie z przerażeniem. Ku swemu zdumieniu za dziewczynką zauważyłem jakąś istotę - ni to gad, ni to ptak.
   — Kim jesteś? — spytała z nutką strachu w głosie. Miała ładny, dźwięczny głos.
   Tatiana zmieniła się w niedźwiedzicę, gotowa bronić mnie w razie niebiezpieczeństwa.
   — Nazywam się Ethan Dare. Przeszedłem tu przez tamtą dziurę w krzakach — powiedziałem.
   — Spytałam kim jesteś, a nie jak się tu dostałeś. Kim jesteś? — powtórzyła.
   — Jestem człowiekiem. Tak jak ty. A ty kim jesteś?
   — Lisa Quentin. Księżniczka.
   Księżniczka, prychnąłem w duchu. Nie zachowuje się jak córka króla.
   — Co to za... Zwierzę? — spytałem, wskazując głową na potworzysko za nią.
   — To mój smok. A to twój niedźwiedź? — spytała, zerkając na dajmonę. Tatiana poruszyła się niespokojnie.
   — Ona nie jest niedźwiedziem — powiedziałem.
   — Przecież widzę.
   — To moja dajmona.
   — Co? — zdziwiła się. Czy ona nigdy nie widziała dajmona?
   — A gdzie twój dajmon?
   — Jaki dajmon? Czym jest ten cały dajmon?
   Westchnąłem. Jeszcze nie spróbowała mnie zabić. Mówi normalnie. Może jej dajmon jest wewnątrz niej? Może tak, może nie, ale nie zmienia to faktu, że się jej boję. A zwłaszcza tego ,,smoka".
   — Wiesz może, gdzie jesteśmy? — spytałem.
   — Czym jest dajmon? — powtórzyła.
   — Dajmon to dusza człowieka. Nie można żyć bez dajmona.
   — Ja nie mam dajmona, a jednak żyję — zauważyła Lisa.
   — Twój dajmon chyba jest ukryty. Gdzie jesteśmy?
   Rozejrzałem się jeszcze raz. Domek na drzewie, las, zieleń, cisza. Nawet najmniejszego szelestu.
   — Nie mam pojęcia. Ja i Capia leciałyśmy i leciałyśmy, byle daleko od naszej wyspy. I doleciałyśmy tutaj.
   – To coś nazywa się Capia? – zdziwił się. Nie wyglądało to na żadne stworzenie, które moje oczy wcześniej widziały.
   Smok miał ciemnozielone łuski na całym ciele. Był wielki jak słoń. Miał podłużny pysk i ogromne ślepia z pionowymi czarnymi źrenicami. Cztery silne łapy były zakończone ostrymi pazurami. Błoniaste skrzydła wyrastały z grzbietu tam, gdzie u człowieka powinny być łopatki. Długi ogon kończyły dwie płetwopodobne części ciała.
   —„To coś" zaraz ci przywali — powiedziała Lisa. — Ta smoczyca nazywa się Capia.
   — Przepraszam — mruknąłem. Wołałem się nie narażać Capii. Była niebezbieczna.
   Tatiana zmieniła się w kruka i usiadła mi na ramieniu. Lisa wydawała się być zafascynowana moją dajmoną.
   — Myślisz, że to jest jeszcze twój świat? — spytałem, żeby przerwać ciszę.
   — Co masz na myśli? — spojrzała na mnie poważnie tymi fiołkowymi oczami.
   — Bo to na pewno nie jest mój świat — mruknąłem.
   — Ale o czym ty mówisz? Twój świat? Mój świat? Nie rozumiem — oznajmiła księżniczka.
   Westchnąłem. Całe szczęście, że przykładałem się do historii, ale nie miałem ochoty robić Lisie wykładów.
   — Uczeni w pewnym świecie dowiedli, że istnieje wiele wymiarów. Innym razem ci o tym opowiem. W moim wymiarze ludzie składa się z dwóch istot – dajmona i człowieka. Gdyby to był mój świat, twój dajmon miałby postać jakiegoś zwierzęcia. A tak przy okazji, to jest Tatiana — powiedziałem, wskazując na ptaka.
   — A więc to nie jest twój świat. Mój chyba też nie. Nigdy nie widziałam takich roślin — wskazała na paproć. Nie widziała tak pospolitej rośliny? W moim świecie, gdzie nie spojrzeć, widzi się te zielone liście.
   — W takim razie gdzie jesteśmy? — spytałem nieco spanikowany.
   — Nie wiem — odpowiedziała Lisa. — Może lepiej znajdźmy wyjście z tej puszczy.
   Potaknąłem. Spojrzałem za siebie, tam, gdzie powinna znajdować się dziura, przez którą tu wlazłem. Nie było jej. Jeśli nie znajdę innego przejścia, być może już nigdy nie wrócę do swojego świata.
   Zacząłem się bać.


~*~

Daniel
   Nawet nie wiem, kiedy zasnąłem. Odniosłem wrażenie, że ledwo co przyłożyłem głowę do poduszki, już Azachiel mnie budził.

   Kiedy anioł przestał już się na mnie wydzierać, jakim to jestem śpiochem, zauważyłem, że był już ranek. Przespałem całą noc i wczorajszy wieczór, ale nadal byłem zmęczony.
   — To przez te przeżycia — stwierdził Azachiel, kiedy się przebierałem. Na szczęście lub nieszczęście, w końcu nastał weekend.
   — Azachiel? Co teraz? — spytałem znad miski płotków owsianych, które znalazłem w którejś szafce.
   — Musimy znaleźć przejście do innego wymiaru. Albo modlić się o przeniesienie w czasoprzestrzeni.
   — Za niedługo zjedzie się tu policja, straż pożarna, CIA i wszystkie inne służby — zauważyłem.
   — Dlatego musimy jak najprędzej się stąd zmywać. Jedz i idź spakować najpotrzebniejsze rzeczy.
   Szybko wypiłem mleko i, nie zawracając sobie głowy zmywaniem, pobiegłem do swojego pokoju.
   Z szafy wyciągnąłem lekki pojemny plecak. Wrzuciłem do niego latarkę, portfel, baterie, dwa puste zeszyty, kilka długopisów i butelkę wody.
   Następnie zszedłem znów do kuchni. Nigdy nie robiłem zakupów, nawet nie zaglądałem do kuchni. Dzisiaj pierwszy raz sam sobie zrobiłem śniadanie. Zacząłem obszukiwać szafki, szukając jakichś długoterminowych produktów. Zabrałem paczkę herbatników, chipsy, pół kilo cukru, kilka konserw i dwa słoiki dżemu. Nigdy nie byłem szczególnie wybredny w kwestii jedzenia, więc ich smak był mi obojętny.
   Azachiel cierpliwie czekał, aż wszystko spakuję. Wszedłem do przedpokoju i zerknąłem na anioła.
   — Czy powinienem wziąć coś jeszcze? — spytałem.
   — Może młotek?
   — Młotek? A po co?
   — Będziesz liczył na mnie, jeśli coś cię zaatakuje? — Azachiel spojrzał na mnie spod uniesionej brwi.
   — Dokładnie taki miałem plan — wyznałem. Nie miałem zielonego pojęcia o walce. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że naprawdę jestem sam. Nie ma ludzi, którzy za mnie uratują rodziców. Trzeba działać.
   — Danielu, mówiłem ci, że nie mam ciała. Nie mogę walczyć z cielesnymi istotami. Tym razem musisz liczyć na siebie.
   Westchnąłem i powlokłem się do warsztatu obok kuchni. Rozejrzałem się za bronią – nie za dużą, nie za małą, ale niczego takiego nie było w tym pomieszczeniu.
   — Może nóż? — zaproponował anioł.
   — Azachiel, jesteś genialny! — wykrzyknąłem i pobiegłem do kuchni. Otworzyłem pierwszą lepszą szufladę.
   — Weź kilka — poradził mój stróż.
   Tak zrobiłem. Do plecaka wsunąłem cztery ostrza – jeden do chleba, jeden niewielki nożyk i dwa zwykłe, po czym wróciłem do przedpokoju.
   Ubrałem czarne, znoszone tenisówki i założyłem bluzę. Do ręki wziąłem kurtkę. W dzień jest ciepło, ale w nocy już nie za bardzo. Wyszedł z domu. Ulica była pusta i cicha. Nie trudząc się zamknięciem drzwi, ruszyłem ścieżka w stronę furtki.
   — Azachiel, jesteś tu? Nie widzę cię.
   — Cii, nie jesteśmy sami. Mów do mnie szeptem, jeśli jesteśmy wśród zwykłych ludzi.
   Zarys sylwek anioła pojawił się po mojej prawej stronie. Skinąłem głową w odpowiedzi i przesuwam przez furtkę. Zamknąłem za sobą bramę. Czułem, że prędko tu nie wrócę.

niedziela, 21 czerwca 2015

2.

Będę używać dywiz ('-'), ponieważ mój telefon nie obsługuje pauz i półpauz.



   - Tato! Otwórz te cholerne drzwi! - wrzasnęła Carmen zza hikorowego drewna.
   Mężczyzna siedzący przy biurku westchnął ciężko i wrzucił nóż do szuflady. Jedna baba w domu to koszmar, ale trzy to tragedia. Wykonał jakiś nieokreślony gest, a drzwi stanęły otworem przed trzema dziewczynami.
   Były to siostry, sądząc po wyglądzie. Wszystkie trzy miały długie do połowy pleców karmelowozłote włosy, wydatne kości policzkowe, malinowe usta i szczupłą sylwetkę. Różniły je tylko oczy i wzrost. Najstarsza, Carmen, liczyła sobie osiemnaście lat. Po matce odziedziczyła zielone oczy. Druga pod względem starszeństwa dziewczyna, Tamara, miała szesnaście lat i złote tęczówki. Dziesięcioletnia Phoebe miała błękitne oczy, zupełnie jak ojciec.
   - Co was tu sprowadza, dziewczęta? - spytał chłodno. Spojrzał najpierw na Phoebe i Tamarę, a następnie przeniósł wzrok na Carmen. Zielonooka rzuciła coś na jego biurko.
   - Co to jest? - warknęła. Była zła, naprawdę wściekła.
   - Notatnik, o ile się nie mylę - odparł beznamiętnie mężczyzna, nie zwracając uwagi na furię córki. - Usiądźcie.
   Tamara i Phoebe posłusznie usiadły na obitych skórą fotelach przed biurkiem, natomiast Carmen dalej stała, opierając się rękami o blat mebla.
   - Carmen Virginio DeVitt, bądź tak łaskawa i usiądź.
   - Dziękuję, postoję. Kim jest Winston? - spytała bez ogródek.
   - Odpowiem, kiedy wy odpowiecie na moje pytania. Skąd macie ten dziennik? - ojciec grał na zwłokę. Nie mógł powiedzieć córkom prawdy, przynajmniej nie teraz.
   Carmen zamilkła. Mężczyzna spojrzał na Tamarę. Ta też nic nie powiedziała. Dopiero Phoebe zaczęła mówić.
   - Carmen znalazła go w twojej sypialni.
   - Dziękuję bardzo, siostrzyczko - mruknęła Carmen i z naburmuszoną miną klapła na fotel.
   - Dziękuję ci, Phoebe - powiedział ojciec dziewcząt.
   - To jak? Opowiedz nam o Winstonie - zażądała Carmen.
   - A magiczne słowo, Carmen Virginio?
   - Tato, jestem Carmen, a nie Carmen Virginia! - wściekła się zielonooka.
   - Magiczne słowo?
   - Proszę - dziewczyna wypluła to słowo jak największe przekleństwo.
   - Winston Charles DeVitt był waszym wujkiem, a moim bratem. Pochodził z...
   Samuel DeVitt utknął w martwym punkcie. Okłamać je czy odsłonić część prawdy? Kłamstwo może uchronić dziewczęta na dłużej niż prawda. Prawda może tylko zaszkodzić jego córkom.
   - Pochodziliśmy z wyspy Kenestra. Mieliśmy jeszcze dwie siostry, Miriam i Monicę. Monica miała cztery lata, kiedy wpadła do studni. Miriam wydano za księcia wyspy. Niestety później doszło do wojny pomiędzy klanamimi. Razem z Winstonem i dwoma kobietami, moją żoną Cleopatrą i jego żoną Felimatą uciekliśmy stamtąd. Osiedliliśmy się tutaj. Pewnej nocy Winston zniknął. Było to prawie dwadzieścia lat temu. Od tamtej pory go nie widziałem. Zostawił po sobie jedynie Felimatę i ten dziennik. Nie wiem gdzie jest, ani co robi. Mam nadzieje, że pozostał żywy.
   Samuel DeVitt pogratulował sobie dobrego wykonania. Modlił sie tylko o to, żeby dziewczęta nie przeczytały końcówki dziennika, którą on czytał tak często, że znał ją na pamięć.
   - Odnajdziemy wujka Winstona, tato - powiedziala z przekonaniem Phoebe.
   - Nawet się nie ważcie! To niebezpieczne! - zaprotestował ostro ojciec.
   - A na końcu była wzmianka o jakimś nożu... - powiedziała Tamara.
   Więc jednak przeczytały, pomyślał DeVitt. Niech je cholera jasna weźmie!
   - Winston czasami bywał... Nienormalny. Miał bujną wyobraźnię.
   Nastała chwila milczenia.
   - Idźcie już - powiedział mężczyzna. Carmen, Tamara i Phoebe wyszły posłusznie, nadal się nie odzywając.
   Kiedy zamknął drzwi machnięciem ręki, otworzył szufladę. Pogładził palcem ostrze noża i zatopił się w myślach.


~*~

Daniel

   Drogę do domu pokonałem biegiem. Wpadłem do przedpokoju i zatrzymalem się raptownie, nasłuchując. Żadnego znaku życia. Tylko nienaturalna, przerażająca cisza. Nie słyszałem ani służących, ani głosów rodziców, ani miauczenia małych kociaków, które dopiero co urodziła Sascha. Nic.
   Przeszedłem do salonu. Wyglądał tak jak zwykle - zielone ściany, jasne panele, ciemnobrązowe meble. Szklany stolik do kawy, odbite skórą kanapy, telewizor na całą ścianę, wejście na ogromny taras.Tu również nie było ani śladu.
   Przeszukałem cały dom. Na darmo. Na końcu wszedłem do swojego pokoju i stanąłem jak wryty.
   W moim pokoju stał tyłem do mnie jakiś mężczyzna.
   Był ubrany w czarny garnitur, szyty na miarę, miał ciemne włosy. Powoli odwrócił się w moją stronę i dostrzegłem więcej szczegółów.
   Ciemnoskóry mężczyzna miał krzaczaste brwi i oczy jak dwa węgielki. Szerokie usta wygięte w okropnym uśmiechu i duży nos, złamany w kilku miejscach nadawał mu nieprzyjemny wyraz twarzy.
   - Czekałem na ciebie, Danielu Simpson - powiedział cicho, ale wyraźnie. Miałem ochotę uciec jak najdalej. Nie podobał mi się ten typ.
   - Kim jesteś? - spytałem, rozglądając się za jakąś bronią. Na moje nieszczęście miałem idealny porządek.
   - Jestem Lysander. Lysander Wayne - przedstawił się.
   - Czego chcesz?
   Zacząłem uświadamiać sobie, że jestem skazany na przegraną. Nie miałem szans z tym całym Lysanderem. Grałem na zwłokę w nadziei, że sobie pójdzie. Bałem się go.
   - Klucza - powiedział prosto z mostu, nadal z tym strasznym uśmiechem.
   - Na dole, na stole w korytarzu leży pełno kluczy. Weź je sobie i daj mi święty spokój.
   - Nie chodzi mi o taki klucz. Chodzi mi o ten inny klucz.
   - Jaki klucz?
   - Ten, o którym opowiadali ci rodzice.
   - Moi rodzice są w to zamieszani? - zdziwiłem się. Nigdy nawet nie wspomnieli przy mnie o jakimkolwiek kluczu, przynajmniej sobie nie przypominam.
   - Oczywiście. Ukradli nam go, kiedy polowaliśmy na błękitne sowy - powiedział Lysander. Nie wiedziałem, czy mam mu wierzyć, czy nie.
   Lysander zrobił krok w moją stronę, potem następny. Sparaliżowany ze strachu nawet nie drgnąłem. Nagle zatrzymał się niecały metr przede mną. Wyciągnął rękę, ale natychmiast ją cofnął, jakby coś go poparzyło.
   - Wiem, że wiesz, gdzie go ukryli - wysyczał Lysander. Zrobiło mi się gorąco że strachu. Nigdy wcześniej nie zaznałem takiego uczucia. Adrenalina pulsowała mi w żyłach, słyszałem głośne bicie mojego serca.
   - Ale ja nie mam pojęcia...
   - Chodź ze mną. Nie zrobię ci krzywdy, obiecuję - powiedział już znacznie spokojniej. Wyciągnął rękę zapraszającym gestem. ,,Nie ufaj mu", powiedział jakiś głos przy moim uchu. Obejrzałem się za siebie, ale nie zobaczyłem nikogo.
   - Azachielu, wiem, że tu jesteś. Nie ukrywaj się - powiedział Lysander do powietrza. Nadal miał dłoń wysuniętą w moją stronę. Ukradkiem cofałem się małymi kroczkami w stronę wyjścia.
   Nastała cisza. Lysander rozglądał się po moim pokoju, a ja skupiałem się na wyjściu. Niespodziewanie Lysander mnie dotknął. Ledwie musnął moją skórę, ale poczułem się niekomfortowo. Teraz już nie odróżniałem kolejnych uderzeń serca, wszystkie zlały się w jedną melodię. W chwili, kiedy skóra Lysandera dotknęła mojej, zobaczyłem dwie rzeczy.
   Pierwsza - nie byliśmy sami w pokoju. Obok mnie, z przerażeniem wymalowanym na twarzy unosiła się półprzezroczysta postać - może duch albo jakaś inna istota zza świata.
   Druga - Lysander wcale nie był człowiekiem. Zobaczyłem kły ostre jak sztylety i skrzydła nietoperza, wyrastające mu z barków. Zamiast rąk miał palce z pazurami, każdy długi na co najmniej dziesięć centymetrów.
   Lysander wziął swoją rękę z mojej, ale obraz nie znikał. Ciągle widziałem szpetnego mężczyznę i przerażonego człowieka obok. Nagle duch rzucił się na Lysandra. Rozległ się jęk tego drugiego, a duch zaatakował ponownie. Jednak Lysander był na to przygotowany. Ciał szponem i natrafił na udo tego Azachiela, czy jak go tam nazwał. Duch skądś wytrzasnął sztylet i zadźgał Lysandera. Ten poruszył się jeszcze i jęknął, aż w końcu znieruchomiał i rozpłynął się w powietrzu.
   Serce nadal tłukło się o żebra, mięśnie były jak z kamienia. Nie potrafiłem wymówić ani słowa, więc po prostu niezgrabnie usiadłem na panelach.
   - Co tu się dzieje? - spytałem sam siebie. Półprzezroczysty duch nadal unosił się w miejscu, gdzie przed chwilą znajdował się Lysander. Nadal go widziałem, chociaż zaczął blednąć, a jego kontury rozmywały się.
   - Mamy problem - powiedziała istota, już prawie niewidoczna dla moich oczu. Jej głos był czysty i wyraźny, przyjemnie było go słuchać.
   - Jaki problem? - spytałem głośno.
   Istota chyba się przestraszyła, ponieważ na powrót stała się widzialna. Jej postać była tak wyraźną, że niemal namacalna.
   Także miała skrzydła, ale nie nietoperze, lecz pierzaste. Lekko niebieskawa skóra błyszczała w słońcu, które wypadało przez okno. Ciemne loki opadały na alabastrowe czoło i hipnotyzujące niebieskie oczy. Pierś postaci falowała w rytmie jej oddechu. Ubrana była w... Nie była ubrana. Jej szczupłej sylwetki nie zdobiła żadna tkanina. Tylko błękitna skóra.
   Zawstydzony spuściłem wzrok. Nie miałem pojęcia, czy to on, czy ona. Jeśli to byłaby ona... Nie, wolę o tym nie myśleć.
   - Widzisz mnie? - spytała cicho. Pokiwałem głową, dalej na nią nie patrząc. - Danielu...
   Dopiero wtedy spojrzałem jej w twarz. Nie wiedziałem, czy jest bardziej kobieca czy męska. Nie dało się jednoznacznie tego stwierdzić.
   - Kim jesteś? - zapytałem. Miałem się bać?
   - Jestem aniołem. Twoim stróżem - powiedział.
   - Kobietą czy mężczyzną?
   Zaśmiał się cicho.
   - Anioły nie mają płci tak jak wy, ludzie. Spójrz na mnie.
   Rzeczywiście, tam, gdzie powinna znajdować się męskość lub kobiecość, nie było nic. Tylko bladobłękitna skóra. Przeniosłem wzrok na oczy anioła.
   - Jak masz na imię?
   - Nazywam się Azachiel. Dlaczego mnie widzisz? Nie rozumiem.
   - Ja też. Lysander mnie dotknął i zobaczyłem cię. A Lysander był...
   - Verim. Lysander był verim. Aniołem, tyle że...
   - Złym? Był złym aniołem?
   - Och, nie - Azachiel pokręcił głową. - Nie był złym aniołem. Zbuntował się. Nie można powiedzieć, że ktoś jest dobry albo zły. Wszyscy jesteśmy pół na pół. Tylko od nas zależy, które pół będzie silniejsze. I to dotyczy wszystkich, bez wyjątku. Nawet aniołów i demonów, i wszystkich innych przedstawicieli istot rozumnych. Lysander cię zaatakował, ponieważ myślał, że masz klucz.
   - Ale jaki klucz? Na świecie są miliardy kluczów.
   - Klucz do wszystkiego, Danielu. Lysander chciał zdobyć go dla swojej pani. Jego panią jest Sophia Ruth - wyjaśnił, uprzedzając moje pytanie.
   - Czy anioły wiedzą wszystko?
   - Spytaj, to się dowiesz.
   Milczałem przez chwilę, zastanawiając się nad pytaniem.
   - Dlaczego Sophia Ruth, czy jak jej tam, chce mieć klucz?
   Azachiel wyglądał na zawiedzionego.
   - Spodziewałem się pytania o rodziców. A co do Sophii... Wiem tylko tyle, że nie może dostać klucza.
   - A mama i tata mnie nie obchodzą. Ja ich nie będę ratował z opresji. Przedtem ważniejsza była dla nich kariera, nie ją. Niech sobie radzą sami - powiedziałem. Nawet nie wiem, kiedy ta gorycz i żal zdążyły urosnąć do tak gigantycznych rozmiarów.
   - Są uwięzieni w twierdzy Sophii Ruth - oznajmił Azachiel. Ta informacja nie zrobiła na mnie wrażenia. - Danielu, spróbuj ich zrozumieć. Chcieli cię chronić. Ciebie i klucz. Im mniej wiedziałeś o kluczu, tym bardziej byłeś bezpieczny. A oni mogli przez przypadek wygadać całą prawdę i dlatego się od ciebie próbowali odseparować. Nie wiedzieli o twoich uczuciach. Uratujemy ich. Daj im drugą szansę.
   Słowa anioła dały mi do myślenia. Może ma rację. Co.mi szkodzi im wybaczyć? Nic nie stracę, dużo zyskam. Postanowiłem zostawić decyzję na później.
   - Opowiedz mi o aniołach i demonach - poprosiłem.
   - Ty odpocznij, a ja ci opowiem - powiedział Azachiel.
   Posłusznie niczym pięcioletnie dziecko położyłem się do łóżka. Azachiel usiadł na skraju kołdry, a raczej nie usiadł, bo nie widziałem żadnego śladu na pościeli.
   - A ty? Nie jesteś zmęczony? - spytałem. Anioł był teraz słabo widoczny. Promienie słońca już nie okalały jego sylwetki.
   - Nie mam ciała, które mogłoby być zmęczone. Nie muszę odpoczywać. Pod wieloma względami anioły różnią się od ludzi.
   - Ale Lysander cię zranił.
   - Kiedy anioł przeżywa coś silnego, może być prawie materialny. To znaczy, że ma prawie-ciało. Prawie-ciało tworzy światło, więc to nie są prawdziwe rany. O mnie się nie martw.
   - Czy wszyscy ludzie mają aniołów? Mogę was widzieć? Jak to się stało, że podzieliliście się na aniołów i veri?
   - Spokojnie, Danielu. Masz przede wszystkim odpocząć, a nie zasypywać mnie pytaniami. Opowiem ci teraz o aniołach. Zamknij oczy - polecił anioł. Zrobiłem, co kazał. Azachiel zaczął opowiadać.

środa, 3 czerwca 2015

1.

Daniel
   – Simpson! Lekcja nie jest od spania! – warknął pan Fletcher w moją stronę. Cóż, ławka może nie była najwygodniejsza, ale lepsze to niż samo twarde krzesło.
   – Ma pan rację, panie profesorze. Przepraszam – powiedziałem dla świętego spokoju i wyprostowałem się. Miałem niejasne przeczucie, że dziś stanie się coś złego, coś, co wpłynie na mnie i moje przyszłe życie.
   Nazywam się Daniel Simpson. Mam piętnaście lat, chodzę do gimnazjum imienia Roosevelta w San Francisco. Dostałem się tu głównie z powodu mamy, która zna dyrektora. Najbardziej nie znoszę fizyki. Nauczycielka nie jest odpowiednio wykwalifikowana, moim zdanuem. Dość o szkole.
   Mam życie jak każdy inny chłopak w moim wieku – jeżdżę na deskorolce, kumpluję się zarówno z dziewczynami, jak i chłopakami, chociaż przyjaciół mam niewielu. Czytam książki Rowling i Riordana, słucham Beyonce i Rihanny. Oglądam filmy z Emmą Watson i Tomem Hanksem, mam kochających rodziców i dziewczynę na oku. Eddie, Lily i Natalie, moi najbliżsi przyjaciele, twierdzą, że jestem zwariowany bardziej, niż ich troje razem wziętych. Tak, czasem do głowy przychodzą mi niestworzone rzeczy. Raz, na przykład, włożyłem mysz do torebki pani Portmann, która nie cierpi tych stworzeń. Wylądowałem wtedy na dywaniku u dyra (swoją drogą to pan Richards ma miękki dywan w swoim gabinecie), ale pisk nauczycielki był tego wart. Mówią też, że jestem wesoły i energiczny. Działam bez namysłu, totalnie spontanicznie, jestem nieugięty i dążę po trupach do celu. Jestem ryzykantem, w myśl przysłowia ,,bez ryzyka nie ma zabawy".
   Przeglądając się w lustrze widzę wysokiego, umięśnionego chłopaka, jego nieskazitelnie bladą, niemal białą skórę, wargi koloru malin i komplet śnieżnobiałych zębów. Jasnoblond włosy sterczą na wszystkie możliwe strony, nawet nie próbuję ich układać. I oczy. Najbardziej w sobie lubię oczy. Codziennie mają inny odcień. Raz są w kolorze morskiej fali, raz wyglądają jak szafiry. Niekiedy mają barwę nieba, czasem są tak intensywnie niebieskie, że boję się patrzeć w lustro, żeby samego siebie nie zahipnotyzować ich spojrzeniem. Zastanawiam się, jakim cudem nie pokazują mnie w muzeum. Jeszcze nikt w szkole tego nie zauważył, nie wiem jak i nie wiem dlaczego. Te piękne oczy okalają długie rzęsy i regularne brwi.
   Jesteśmy bogaci. Matka jest właścicielką kancelarii adwokackiej, ojciec – słynnego hotelu ,,Dipro" w centrum. Rodzice spełniają każdą moją zachciankę, sądząc zapewne, że mnie tym uszczęśliwią. Nie jestem materialistą, ale skoro dają, to korzystam. Mieszkamy w eleganckiej willi z basenem, kortem tenisowym i wielkim ogrodem w jednej z najlepszych dzielnic. Moi kumple często przychodzą do mnie i urządzamy spotkania przy ognisku, imprezy i wieczory filmowe w naszej domowej sali kinowej.
   Do gimnazjum Roosevelta uczęszczają tylko najbogatsze dzieciaki z Frisco, synowie i córki znanych lekarzy, prawników, właścicieli firm i sławnych osób. Eddie jest synem znanego chirurga plastycznego, pana Byrnisona. Natalie McFinn jest córką prawnika i aktorki drugoplanowej, Stelli Gaston. Lily de Duchannes jest potomkinią poetki francuskiej Dinnah Purmon i francuskiego piosenkarza, Arnel de Duchannesa. Taylor Buenne i Felicia Buenne są bliźniaczkami, ich rodzicami są była pani polityk francuska i słynny Włoch, Ernest Buenne, wybitny malarz. Chris i jego dwa lata starszy brat Jake są synami Zean Jutte i Pitta Browna. Patrick Houston, syn aktorki Rinny Houston. Patricia i Arthur Saint-Lorenz, dzieci właściciela popularnej sieci SPA i dyrektorki banku. To by byli wszyscy moi kumple.
   Lekcje strasznie się wlokły. Chciałem już tylko wrócić do domu, sprawdzić, czy wszystko w porządku i czy na pewno nikomu nic się nie stało.
   Kiedy w końcu usłyszałem ostatni tego dnia dzwonek, wystartowałem niczym torpeda w stronę drzwi wyjściowych. Spodziewałem się czarnego audi, które zawsze na mnie czekało, kiedy kończę lekcje. Na parkingu stało wiele samochodów, jednak żaden nie przypominał własności moich rodziców. Zdziwiłem się. Zawsze pokonywałem drogę do domu wygodnie rozpostarty na tylnym siedzeniu. Wygląda na to, że tym razem chyba się przejdę na piechotę.

~*~

Ethan
   Jestem Ethan Dare, mam czternaście lat. Wiodę spokojne życie w świecie, gdzie są dajmony. Moja dajmona nazywa się Tatiana, jeszcze nie ma swojej stałej postaci, chociaż najczęściej zmienia się w rysicę lub samicę pumy. Chodzę do gimnazjum Stonewall w Nowym Jorku, który po wojnie stał się częścią Brytanii. Jest dobre i nie trzeba płacić wiele. Matka z ojcem chcą, abym w przyszłości został prawnikiem lub ekonomistą, natomiast ja sam zamierzam zostać żołnierzem. Chcę wysadzać mosty i strzelać z karabinu. Chcę podróżować, spać pod gwiazdami i strzec Imperium Brytyjskiego przed najazdami Skraelingów z Północy.
   Jestem taki, jak inne dzieciaki w okolicy – gram w kosza ze starszymi chłopakami, interesuję się dziewczynmi, słucham Kaledonu i Ravenisa, mam fioła na punkcie astronomii (no, może to jest niecodzienne zainteresowanie). Jestem skromny i pracowity, oszczędny i cichy. Uwielbiam letnie noce, kiedy mogę obserwować gwiazdy z dachu naszej kamienicy. Mam też jednak sporo wad, na przykład nieufność w stosunku do obcych, przemądrzałość i zbytnia pewność siebie.
   Mam brązowe włosy, sięgające mi do ramion, jasną karnację i niską, raczej szczupłą sylwetkę. Mam brązowe oczy. Są moim największym atutem, co jakiś czas mają inny odcień – raz są bursztynowate, innym razem ciemne jak smoła. Są piękne.
   Moja rodzina składa się ze mnie, moich trzech sióstr (Rose-Marie, Annabelle i Danielle Dare), dwóch braci (James i Sean Dare), matki Sally i ojca, Benny'ego. Jesteśmy średnio zamożni; matka pracuje w hotelu, ojciec został nauczycielem historii w moim gimnazjum. Mój najlepszy przyjaciel, Robert Peterson, mieszka piętro wyżej, przyjaźnimy się, odkąd sięgam pamięcią.
   Ten dzień był wyczerpujący, zarówno dla mnie, jak i Tatiany. Oboje się nabiegaliśmy na w-fie, gdyż prowadzący tę lekcję pan Larkson jest surowy i nie odpuści nam ani chwili.
   Razem z Robertem i jego dajmoną-wiewiórką Elesei wróciliśmy do naszej kamienicy.
   – To co? Za pół godziny na boisku? – spytał.
   – Jasne – powiedziałem i weszliśmy do mieszkania.
   Pachniało zupą pomidorową. Widocznie Rose-Marie dzisiaj gotuje, bo ona potrafi przygotować tylko zupę pomidorową. To Annabelle jest tą od garów.
   Ściągnąłem buty i wszedłem do kuchni.
   – Danielle? – rozległ się głos Rose-Marie, wołający moją najmłodszą siostrę. Danielle miała dopiero osiem lat.
   – To ja, Ethan.
   – Boże, Ethan. Dobrze, że już jesteś – powiedziała roztrzęsionym głosem. Jej dajmon-wróbel zaćwierkał cichutko. – Danielle zniknęła.
   – Jak to zniknęła?!
   Byłem w szoku. Danielle, mała, bezbronna Danielle, zniknęła. Nie było jej. Rozpłynęła się w powietrzu.
   – Normalnie, wychodziłam rano z domu i była, bolał ją brzuch. Przyszłam i jej nie znalazłam, a drzwi były zamknięte na klucz!
   – A nie ma jej u sąsiadów?
   – Nie ma, sprawdzałam. O Boże, Ethan, co my teraz zrobimy?!
   – Przede wszystkim się uspokój. Zadzwonimy do jej koleżanek, może siedzi u którejś z nich.
   – Ale przecież drzwi były zamknięte! Danielle nie ma klucza!
   – To zadzwonimy do mamy i na policję! Uspokój się wreszcie!
   Rose-Marie wzięła kilka głębokich oddechów. Tatiana pomogła pozbierać się jej dajmonowi.
   – Rose... Znajdę ją. Obiecuję – powiedziałem i zostawiłem siostrę w rozpaczy na stołku kuchennym.

~*~

Annika
   – Dalej, Ann! Biegnij! – szeptałam do siebie. Pędziłam przez puste ulice w takim tempie, że widziałam tylko zamazane kształty. Miałam szczęście, że znałam miasto jak własną kieszeń. Prześladowcy byli już blisko, czułam to. – Jeszcze tylko dwa zakręty...

   Żyję w ciągłym niebezpieczeństwie, stresie, woli przeżycia kolejnego dnia. Mój świat jest przerażający. Wszędzie tylko potwory, śmierć i mnóstwo dzieci zbyt małych, żeby samodzielnie żyć. W moim świecie, jeśli dożyje się trzydziestki, jest się uznawanym za naznaczonego. Większość dzieci nie dożywa osiemnastki, dlatego dorośli, którzy uchowali się przed śmiercią, starają się zapewnić im bezpieczeństwo.
   Jestem Annika Stein, mam czternaście lat. Jestem sama, sama jak palec. Moja rodzina zginęła z rąk potwora ze ścieków. Mieszkam razem z kilkudziesięcioma innymi dzieciakami w dawnym hangarze samolotowym. Białe Damy go chronią, dlatego żadna kreatura nie może tam wejść, chyba, że jest zaproszona (co się zdarza tylko przez przypadek).
   Wyglądam nijako. Mam brudne włosy, które po umyciu wyglądałyby jak złoto, mały nos, wydatne kości policzkowe i różowawe usta. Jestem strasznie blada. Moje oczy są jedyne w swoim rodzaju – mają barwę jadowicie zieloną, albo są w kolorze trawy. Zdarza się, że jedno oko ma inny odcień niż drugie, ale raczej niewiele osób zwraca na to uwagę. Są zbyt zajęci unikaniem śmierci. Jestem niewysoka i chorobliwie chuda. Pan Santander, potocznie zwany Oskarem, jedyny dorosły w naszym hangarze, codziennie wmusza we mnie jedzenie, żebym była tłuściejsza. Lubię swoje ciało i nie zamierzam tyć tylko dlatego, że wyglądam jakby byle wiatr był w stanie mnie połamać.
   Interesuję się tylko jednym – przeżyciem. Chcę, żeby ten koszmar w moim świecie już się skończył. Żeby nie było tych wszechobecnych potworów. Łowcy robią, co mogą, ale nie potrafią sobie z nimi poradzić. Ciągle przybywa i kreatur, i łowców, ale częściej giną ci drudzy. Chciałabym też zostać łowcą. Skończyć to piekło i wygnać potwory tam, skąd przyszły. To okropnie widzieć, jak tuzin niewinnych dzieci umiera w szponach takiego Chavervoulta czy Zydygo, kiedy wiesz, że możesz im pomóc...
   Jeszcze tylko dziesięć kroków...
   Dzewięć...
   Słyszę sapanie za mną i odór Yxelnate.
   Osiem...
   Siedem...
   Mijam wąską, ciemną uliczkę.
   Sześć...
   Słyszę tupot stóp za mną.
   Pięć...
   Dociera do mnie, że to nie potwór.
   Cztery...
   Patrzę za siebie...
   Trzy...
   Widzę, jak szpony Yxelnate rozdzierają rękę łowcy.
   Dwa...
   Łowca w ostatniej chwili rysuje Znak i stwór pada martwy w kałuży własnej krwi.
   Jeden...
   Łowca ledwo oddycha.
   Porzuciłam myśl o ucieczce do hangaru i podbiegłam do mężczyzny. Nie, to nie był mężczyzna. To był chłopiec, trochę starszy ode mnie. Miał piaskowozłote włosy i był dość napakowany. Ciężko go będzie zawlec do mojego domu.
   Uklękłam po jego prawej stronie i delikatnie poklepałam po policzku. Rozpięłam mu skórzaną kurtkę i koszulę, zbadałam jego stan. Miał połamane żebra. Yxlnate musiał mu zmiażdżyć kości. Na jego szyi znalazłam nieśmiertelnik – taki medalion z imieniem i nazwiskiem, datą urodzenia i tym podobnymi informacjami. Według niego nazywał się Seth Cabalos.
   – Seth... Seth... – szeptałam ciągle, klepiąc go po policzku. Poruszył nieznacznie głową, po czym otworzył oczy. Miał żółte oczy, jak jakieś zwierzę. Oddychał z trudem.
   – Kim...? Gdzie...? – wychrypiał.
   – Cii, nie ruszaj się – powiedziałam cicho.
   Nie wiedziałam, co dalej zrobić. Biec po Oskara? Zostać tutaj i przetransportować Setha do hangaru? A może zostawić go tutaj i odejść? Nie, tego ostatniego nie mogłam zrobić. Skoro już przy nim jestem, to zostanę. Tak jakby uratowałam mu życie, prawda?
   Zrobiłam tak, jak podpowiadała mi intuicja. Położyłam rękę na jego klatce piersiowej i zamknęłam oczy. Skupiłam się na kościach, na tym, żeby się zrosły. Niewielka część mnie szczerze wątpiła w ten zabieg. Rozległ się cichutki trzask z wnętrza Setha, ale zignorowałam go.
   Po chwili otworzyłam oczy i jeszcze raz zbadałam szkielet blondyna. Kości, jakimś cudem, zrosły się. Nie wiedziałam, jak to się stało, ale teraz ważniejsze było życie Setha. Pozostała tylko zraniona ręka.
   Seth patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami. Bał się, słyszałam szybkie rytmy jego serca.
   W kwestii ręki niewiele mogłam poradzić. Trucizny nie były moją specjalnością, nie miałam pojęcia, jak zatamować krew z rozoranej skóry.
   – W lewej kieszeni są lekarstwa – wymamrotał Seth. Sięgnęłam do miejsca, gdzie powinien znajdować się woreczek z ziołami, słoiczek z maścią i buteleczka wody. – Najpierw woda.
   Przemyłam ranę, a Seth się skrzywił. Następnie nałożyłam krem i zioła. Spojrzałam na Setha.
   – Jak się czujesz?
   – Dobrze – mruknął. – Kim jesteś?
   – Annika Stein. Mieszkam w tym hangarze – powiedziałam i wskazałam na blachy, tworzące halę. – Dasz radę wstać?
   Seth, z pewnym trudem, podniósł się na nogi i przytrzymał ściany.

~*~
Diane
   – Boję się – szepnęłam do Nica.
   – Ja też – odparł mój przyjaciel.
   Siedzieliśmy skuleni na brudnej posadzce w ciemnym, nieprzyjemnym lochu. Niewielu ludzi stąd wychodzi żywymi, ba!, jeszcze nikt stąd nie wyszedł w ogóle.
   Wampiry są okropne.
   Nazywam się Diane Burke, mam czternaście lat i niezwykłe szczęście, bo jakoś przeżyłam w tej norze dwa miesiące. Większość więźniów nie dożywa nawet tygodnia, gdyż wampiry nie są zbyt łaskawe.
   Mam kruczoczarne włosy i oczy w tym samym kolorze. Zawsze takie były. Podobno po urodzeniu matka chciała mnie spalić, ponieważ miałam takie przerażające tęczówki. Jestem wysoka i zwinna, mam śniadą skórę. Mam mały nos i wydatne usta, zgrabne, długie nogi i bardzo bujną wyobraźnię, czasem sama się jej boję.
   Jestem nieznośna. Każdy mi to mówi, nawet młode wampiry, które codziennie przynoszą nam jedzenie. Cechuję się ciętą ripostą i niezwykłą wręcz głupotą, bo czasem ni z tego, ni z owego przychodzi mi do głowy cisnąć kamieniem w służącego wampira. Warczy wyptedy na mnie i rzuca kamieniem gdzieś koło mojej głowy.
   Przez dwa miesiące stopniowo zaczęłam się przyzwyczajać do mroku i ciemności, aż tu trzy dni wcześniej wrzucono do lochu mojego przyjaciela, Nico. Bałam się, ale bardziej o niego niż o siebie.
   Drzwi otworzyły się na oścież i stanął w nich młody wampir, ten sam, który codziennie musi mnie znosić. Miał kredowobiałą skórę, oczy jak rubiny i wielkie kły, wystające z górnej szczęki. Był odrażający, zresztą jak wszyscy przedstawiciele jego rasy. Ja chcę do wilkołaków!
   – Diane Burke, Pan chce cię widzieć – wywarczał.
   Podejrzewałam, że Pan to najstarszy członek rodu, do którego należy ten dwór. Nico posłał mi przerażone spojrzenie. Uśmiechnęłam się do niego pokrzepiająco i podniosłam się na nogi.
   – Ruszaj się!
   – Boicie się też mydła? – spytałam, marszcząc nos. Wampir cuchnął jak jakiś bydlak. Przeszłam te kilka metrów, które mnie od niego dzieliło.
   Warknął na mnie i zatrzasnął zakratowane drzwi. Echo długo jeszcze niosło się po domu. Brutalnie złapał mnie za rękę i bezceremonialnie ciągnął po schodach (to nie było przyjemne) i zimnych kamieniach korytarzy. W końcu pchnął jakieś drzwi i niezbyt delikatnie wrzucił mnie do środka jak szmacianą lalkę. Wylądowałam na brzuchu na zakurzonej podłodze. Rozkaszlałam się, nienawidzę kurzu. Powoli podniosłam się do pozycji siedzącej i rozejrzałam po pomieszczeniu.
   Wszędzie wisiały czarne kotary. Jedynym meblem był czarny marmurowy stół i figura jakiegoś wampirzego bóstwa. Bogaty żyrandol wisiał nisko, a na nim pobłyskiwały samotne świece. W górze latało stadko nietoperzy.
   Ciekawe, którym z nich jest Pan.