Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DeVitt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DeVitt. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 września 2015

8.

   Samuel DeVitt zamknął oczy i w myślach liczył do dziesięciu. Wizyta Harry'ego Clinforda wytrąciła go z równowagi, ale nie dał po sobie nic poznać. Opadł na fotel.
   Żona... Sophie... Jej delikatny uśmiech, błyszczące oczy, czuły dotyk... Okazała się zupełnie inna, niż sądził. Chciała zabrać mu nóż i jako pierwsza kobieta rządzić światami. W furii miał ochotę ją zabić, ale nie potrafił. Nie potrafił zabić swojej ukochanej pomimo tego, że chciała skazać na zagładę wszystkie istoty wszystkich wymiarów. Kiedy odeszła, przysiągł sobie, że nie pozwoli, żeby Carmen, Tamara i Phoebe DeVitt stały się takie jak ich matka. To wtedy przybrał na twarz maskę bezwzględnego człowieka-boga bez uczuć. Ale to była tylko maska...
   — Tato.
   Phoebe pojawiła się w salonie. Samuel otworzył oczy i spojrzał na córkę, ledwie kryjąc swoje uczucia.
   — Co, Phoebe? — spytał. Dziewczynka uklękła przy fotelu, w którym siedział i przyjrzała się dokładnie jego twarzy.
   — Dobrze się czujesz?
   Phoebe była ulubienicą mężczyzny. Taka delikatna, dziewczęca, łagodna... Zupełnie jak Sophie, kiedy ją poznał. Kiedy spojrzał na Phoebe, na jej błękitne tęczówki, obiecał sobie, że dołoży wszelkich starań, żeby jego córki nie stały się kobietami pokroju Sophie.
   — Bardzo dobrze, Phoebe.
   Phoebe pokiwała głową, ale widać było, że ma wątpliwości co do samopoczucia ojca.
   — Z kim rozmawiałeś?
   — Z mężczyzną, który chciał mi was zabrać — powiedział. Oczy dziewczynki napełniły się strachem.
   — Ale nas nie oddasz nikomu, prawda? Nikomu!
   — Prawda. Zawsze będziecie przy mnie.
   Samuel przytulił ją mocno do piersi. Nie pozwoli nikomu zbliżyć się do Carmen, Tamary i Phoebe. Po jego trupie.

  ~ Carmen! Carmen! ~ usłyszała we śnie najstarsza panna DeVitt. Rozejrzała się za źródłem tego głosu, ale wokół niej panowała ciemność. Nawoływania rozlegały się jakby ze wszystkich stron jednocześnie, co jeszcze bardziej utrudniało jej poszukiwania.
   ~ Carmen, Carmen! ~ rozległo się znowu. ~ Tutaj jestem!
   Ktoś się bawi ze mną w ciuciubabkę, pomyślała dziewczyna i rozejrzała się jeszcze raz. Ciemność dookoła, tak gęsta, że nie widziała własnego ciała. A może nie miała ciała?
   Nie zdążyła się nad tym zastanowić, ponieważ nagle tuż przed nią rozbłysło zimne, błękitnobiałe światło. Carmen odwróciła się tyłem do niezwykłej jasności, żeby nie oślepnąć.
   ~ Carmen! Córeczko!
   Carmen zamarła w miejscu. Była pewna, że kiedyś słyszała ten głos. I powiedział do niej „córeczko”... Mama!
   — Mamo? To ty? — spytała nieśmiało, nie patrząc w stronę światła.
   ~ Tak, Carmen, to ja. Spójrz na mnie, kochanie ~ powiedziała łagodnie kobieta. Carmen odwróciła się do światła, które teraz było jasne, ale nie oślepiające. Jego źródłem zdawała się być postać wysokiej kobiety, jeśli istotę przed Carmen można było nazwać kobietą.
   Miała skórę zabarwioną na lekko niebieski kolor, co dodawało jej tajemniczości. Źrenice jej zielonych oczu były niewielkie, uśmiechnięte usta ukazywały dwa rzędy idealnie równych olśniewająco białych zębów. Karmelowozłote włosy, zupełnie w tym samym odcieniu co włosy Carmen, układały się w fale na plecach. Miała na sobie jedynie białą suknię do ziemi, skrywającą jej bladobłękitne ciało. Wyglądała jak starsze wydanie Carmen.
   — Nie pamiętam cię. Jak się nazywasz? — spytała Carmen. Uważała, że stojąca przed nią istota była doskonała. Niemal natychmiast pożałowała swoich słów, bo oblicze matki zmieniło się z pełnego spokoju na gniewne.
   — Przepraszam, jeśli powiedziałam coś nie tak — powiedziała ze skruchą DeVitt.
   ~ Samuel... Ty... Ty... Jak mogłeś nie powiedzieć swoim córkom, kto jest ich matką?! ~ wrzasnęła kobieta. Po chwili uspokoiła się na tyle, żeby móc rozmawiać z córką. ~ Nazywam się Sophie Ruth Craig i byłam żoną twojego ojca. Jestem też matką twoją, Tamary i Phoebe. Mam dla ciebie zadanie do wykonania. Jeśli ci się powiedzie, zamieszkasz ze mną i razem będziemy rządzić światami. Co ty na to?
   Chociaż Carmen nie wiedziała, co to znaczy „rządzić światami”, spodobała jej się perspektywa władzy aż do śmierci, a może i jeszcze dłużej, więc bez wahania skinęła głową.
   ~ A więc słuchaj uważnie, bo nie jest to łatwe zadanie. Otóż musisz ukraść swojemu ojcu sztylet. I zabić Samuela. Albo przynajmniej przywlec go do mnie. A zrobisz to tak...

piątek, 7 sierpnia 2015

6.

Daniel

   Po pięciu minutach od wyjścia z domu skręciłem w bardziej ruchliwą ulicę. Ludzie przemieszczali się we wszystkie możliwe strony, kierowcy trąbili. Zatrzymałem się pod ścianą jakiegoś domu i przyjrzałem się dokładnie przechodniom.
   Obok każdego człowieka, nad nim albo za nim unosił się anioł – niebieskawa istota niewidoczna dla zwykłych oczu. Ciągle się zastanawiałem, dlaczego ja widzę anioły, a zwykli ludzie nie. Popatrzyłem na samochody. Kierowca wydawał się być nieświadomy, że obok niego siedzi jego stróż i patrzy, jak ten rozmawia przez telefon. Teoretycznie nie powinien tego robić podczas prowadzenia samochodu. Ciekawe, czemu jego anioł mu na to pozwala. Nic z tego nie rozumiałem.
   — Chodźmy. Zanim znajdziemy jakiekolwiek przejście, trochę się nachodzimy. Zrzucisz parę kilo.
   — Sugerujesz, że jestem gruby? — szepnąłem oburzony.
   — Oczywiście, że nie. Mówię tylko, że przejdziemy kilka, a może kilkanaście kilometrów.
   Przewróciłem oczami i ruszyłem chodnikiem. Mijałem anioły i ich podopiecznych, którzy nawet na mnie nie zerkali. Byli zbyt zajęci swoimi sprawami. Anioły także nie zwracali na mnie uwagi. Kiedy nie mówiłem do mojego stróża wydawali się nie zauważać mojego istnienia. Dopiero kiedy szepnąłem coś do Azachiela, byli zdumieni, że widzę swojego anioła. Ja na ich miejscu też bym się zdziwił.
   Jakieś trzy godziny później byliśmy w centrum. Tutaj samochody stały w ciągłym korku, a piesi poruszali się z szybkością żółwi.
   — Azachiel, w takim tempie to dzisiaj nie dojdziemy nawet do mostu Golden Gate — zauważyłem.
   — Poddajesz się?
   — Nie, ale… Może odpocznijmy, co?
   — Ale…
   — Proszę. Tylko pół godzinki — zrobiłem maślane oczka. Z punktu widzenia szarych obywateli San Francisco musiało to wyglądać co najmniej dziwnie.
   — Przejście jest już niedaleko — oznajmił Azachiel.
   — Dobra, dobra, już idę — mruknąłem i powlokłem się za aniołem. I tak nie mógłbym iść szybciej między tyloma ludźmi. Była sobota, to zrozumiałe, że był tutaj taki tłok. Ale dlaczego akurat wtedy, kiedy się spieszę?


~*~


   Samuel DeVitt podniósł się z krzesła. Gość? Ludzie nie mieli prawa wstępu do tego świata. Była to jego prywatna Ziemia, jego własny wszechświat, stworzony specjalnie przez niego dla niego. Nikt go tutaj nie odwiedzał, o ile Samuel tego nie chciał. Sam musiałby stworzyć przejście. Więc jakim cudem…?
   Wziął głęboki oddech. Nie wolno nam panikować ani okazywać zaskoczenia. Strzepał niewidzialny pyłek z ulubionej marynarki i wyszedł na korytarz, uprzednio każąc golemom wpuścić niespodziewanego gościa.
   Wszedł do salonu. Na kanapie siedział młody mężczyzna i przyglądał się golemom. Nie zauważył wchodzącego gospodarza.
   Gość miał jasną skórę, czarne włosy i rubinowoczerwone oczy, które przyciągały uwagę. Przystojną twarz, oszpecała blizna na lewym policzku, od brwi do żuchwy. Wyglądał na jakieś dziewiętnaście lat, był średniego wzrostu, ale dobrze zbudowany. Ubrany w ciemne spodnie i koszulę wyglądał dobrze, ale nie dość dobrze, żeby porównywać się do Johnny'ego Deppa z któregoś ze światów. Na szyi miał srebrny medalion w kształcie owalu.
   ~ Panie, to może być pułapka ~ odezwał się jeden z golemów, które krążyły po salonie.
   ~ Wiem ~ odpowiedział DeVitt. ~ Idźcie do mojego gabinetu i pilnujcie go. A dwoje z was niech tu zostanie.
   Golemy zrobiły, jak kazał. Dobrze, pomyślał Samuel. Zobaczmy, co nasz gość ma nam do powiedzenia.
Usiadł w fotelu naprzeciwko gościa, który był wpatrzony w istoty, które stworzył Samuel.
   — Dzień dobry — przywitał się mężczyzna, sprawiając, że chłopiec podskoczył na kanapie.
   — Dzień dobry — odparł, przywołując się do porządku. — Nazywam się Tobias von Hetzer. Jestem…
   — Nie kłam mi tu w żywe oczy — syknął Samuel. — Nazywasz się Harry Clinford. Znak zodiaku – Rak. Grupa krwi A, Rh dodatnie. Ulubiony smak lodów — czekoladowy. Nazwisko rodowe matki – Benson. Mieszkasz w pałacu lodowym na górze Hexlog, służysz Sophii Craig od najmłodszych lat. Czego chcesz?
   — Dobrze, panie DeVitt, zgadł pan prawidłowo. Przyszedłem po coś, co należy do mojej pani.
   — To znaczy? — zapytał podejrzliwie. Sophia Craig  przyszłaby osobiście, gdyby chodziło o coś ważnego. A czuł, że ta sprawa jest ważna.
   — Przyszedłem po jej córki.
   Pan Ziemi nie dał po sobie poznać, jak bardzo to jedno zdanie wytrąciło go z równowagi. Jak Sophia dowiedziała się o tym świecie? Jakim cudem pojawiło się przejście? I dlaczego nie przyszła osobiście?
   Samuel zastanawiał się, jak jego była żona znalazła swoje córki? Przez dziesięć lat nie miała z nimi kontaktu, a teraz nagle zachciało jej się spotkać z Carmen, Tarą i Phoebe? Sprawa była podejrzana.
   Był wściekły. Oczy DeVitta zwęziły się w szparki.
   — Masz problem, młody, bo ja ci w tym nie pomogę — stwierdził dobitnie. Jego spojrzenie sprawiło, że Harry Clinford na chwilę zamarł w miejscu.
   — Ona… Ona mnie ukarze — wyjąkał.
   — To jest już twój problem — powiedział beznamiętnie. Młodzian zaklął siarczyście i skierował się do drzwi.
   — Jeszcze tu wrócę! I zabiorę jej córki, zaciągnę je tam za kudły! — krzyknął.
   — To była groźba? — spytał Pan Ziemi, nie ujawniając jakichkolwiek emocji.
   — Nie, to była obietnica — warknął Clinford i zatrzasnął drzwi.

środa, 8 lipca 2015

4.


   Samuel DeVitt machnął ręką i rozległ się szczęk zamka. Wziął nóż, jakby była to największa świętość, i przyjrzał się ostrzu.
   Jedna krawędź była z demonicznej stali. Tą część wykonały demony. Była nieskazitelnie srebrna i idealnie ostrą. Mogła przeciąć każdy materiał, choćby był najbardziej wytrzymały. Druga krawędź była bardziej niezwykła, złotawa i pozornie tępa. Te złote ostrze było najniebezpieczniejsze. Wykonane ze stopu metali, których nazw nie potrafił wymówić. Jednak to rękojeść sztyletu najbardziej go urzekła. Srebrna, z misternie wyrzeźbionymi starożytnymi runami, wężami owijającymi się naokoło, ze strzałą przebijającą gwiazdę. Wszystko to wyrzeźbione tak dokładnie, że wydawać by się mogło, że powstało w sposób naturalny, a nie zostało wykute przez człowieka. I rzeczywiście, nie było wykute przez człowieka. Tego Samuel był pewien.
   Nóż był od początku, od powstania pierwszego świata. Od milionów lat wybierał sobie następnego właściciela, ale zawsze był to mężczyzna. Człowiek ten był naznaczony od urodzenia. Najczęściej był niepełnosprawny, jak na przykład poprzednik Samuela. Lub miał jakieś niespotykane umiejętności. Na przykład Samuel. Był panem Ziemi. To dlatego w jego domu nie było służących. Były golemy, istoty stworzone z błota na kształt człowieka. Mężczyzna nie czuł się najlepiej wśród ludzi, dlatego kiedy tylko dostał w swoje ręce nóż...
   Rozległo się pukanie do drzwi.
   — Nie ma mnie! — krzyknął DeVitt i włożył sztylet do szuflady. Zamknął ją na klucz, który schował do kieszeni spodni.
   ~ Panie? ~ usłyszał w głowie. Tylko jego golemy mogły to robić, nie narażając się na szaleństwo. Inni ludzie nie wytrzymaliby tego.
   ~ Tak?
   ~ Mamy gościa ~ oznajmił golem i wycofał się z jego myśli.

~*~

Ethan
   Przede mną stała dziewczynka. Nie była to Danielle. Miała na oko dziewięć lat. Ciemne włosy spadały falami na jej plecy, a fiołkowe oczy wpatrywały się we mnie z przerażeniem. Ku swemu zdumieniu za dziewczynką zauważyłem jakąś istotę - ni to gad, ni to ptak.
   — Kim jesteś? — spytała z nutką strachu w głosie. Miała ładny, dźwięczny głos.
   Tatiana zmieniła się w niedźwiedzicę, gotowa bronić mnie w razie niebiezpieczeństwa.
   — Nazywam się Ethan Dare. Przeszedłem tu przez tamtą dziurę w krzakach — powiedziałem.
   — Spytałam kim jesteś, a nie jak się tu dostałeś. Kim jesteś? — powtórzyła.
   — Jestem człowiekiem. Tak jak ty. A ty kim jesteś?
   — Lisa Quentin. Księżniczka.
   Księżniczka, prychnąłem w duchu. Nie zachowuje się jak córka króla.
   — Co to za... Zwierzę? — spytałem, wskazując głową na potworzysko za nią.
   — To mój smok. A to twój niedźwiedź? — spytała, zerkając na dajmonę. Tatiana poruszyła się niespokojnie.
   — Ona nie jest niedźwiedziem — powiedziałem.
   — Przecież widzę.
   — To moja dajmona.
   — Co? — zdziwiła się. Czy ona nigdy nie widziała dajmona?
   — A gdzie twój dajmon?
   — Jaki dajmon? Czym jest ten cały dajmon?
   Westchnąłem. Jeszcze nie spróbowała mnie zabić. Mówi normalnie. Może jej dajmon jest wewnątrz niej? Może tak, może nie, ale nie zmienia to faktu, że się jej boję. A zwłaszcza tego ,,smoka".
   — Wiesz może, gdzie jesteśmy? — spytałem.
   — Czym jest dajmon? — powtórzyła.
   — Dajmon to dusza człowieka. Nie można żyć bez dajmona.
   — Ja nie mam dajmona, a jednak żyję — zauważyła Lisa.
   — Twój dajmon chyba jest ukryty. Gdzie jesteśmy?
   Rozejrzałem się jeszcze raz. Domek na drzewie, las, zieleń, cisza. Nawet najmniejszego szelestu.
   — Nie mam pojęcia. Ja i Capia leciałyśmy i leciałyśmy, byle daleko od naszej wyspy. I doleciałyśmy tutaj.
   – To coś nazywa się Capia? – zdziwił się. Nie wyglądało to na żadne stworzenie, które moje oczy wcześniej widziały.
   Smok miał ciemnozielone łuski na całym ciele. Był wielki jak słoń. Miał podłużny pysk i ogromne ślepia z pionowymi czarnymi źrenicami. Cztery silne łapy były zakończone ostrymi pazurami. Błoniaste skrzydła wyrastały z grzbietu tam, gdzie u człowieka powinny być łopatki. Długi ogon kończyły dwie płetwopodobne części ciała.
   —„To coś" zaraz ci przywali — powiedziała Lisa. — Ta smoczyca nazywa się Capia.
   — Przepraszam — mruknąłem. Wołałem się nie narażać Capii. Była niebezbieczna.
   Tatiana zmieniła się w kruka i usiadła mi na ramieniu. Lisa wydawała się być zafascynowana moją dajmoną.
   — Myślisz, że to jest jeszcze twój świat? — spytałem, żeby przerwać ciszę.
   — Co masz na myśli? — spojrzała na mnie poważnie tymi fiołkowymi oczami.
   — Bo to na pewno nie jest mój świat — mruknąłem.
   — Ale o czym ty mówisz? Twój świat? Mój świat? Nie rozumiem — oznajmiła księżniczka.
   Westchnąłem. Całe szczęście, że przykładałem się do historii, ale nie miałem ochoty robić Lisie wykładów.
   — Uczeni w pewnym świecie dowiedli, że istnieje wiele wymiarów. Innym razem ci o tym opowiem. W moim wymiarze ludzie składa się z dwóch istot – dajmona i człowieka. Gdyby to był mój świat, twój dajmon miałby postać jakiegoś zwierzęcia. A tak przy okazji, to jest Tatiana — powiedziałem, wskazując na ptaka.
   — A więc to nie jest twój świat. Mój chyba też nie. Nigdy nie widziałam takich roślin — wskazała na paproć. Nie widziała tak pospolitej rośliny? W moim świecie, gdzie nie spojrzeć, widzi się te zielone liście.
   — W takim razie gdzie jesteśmy? — spytałem nieco spanikowany.
   — Nie wiem — odpowiedziała Lisa. — Może lepiej znajdźmy wyjście z tej puszczy.
   Potaknąłem. Spojrzałem za siebie, tam, gdzie powinna znajdować się dziura, przez którą tu wlazłem. Nie było jej. Jeśli nie znajdę innego przejścia, być może już nigdy nie wrócę do swojego świata.
   Zacząłem się bać.


~*~

Daniel
   Nawet nie wiem, kiedy zasnąłem. Odniosłem wrażenie, że ledwo co przyłożyłem głowę do poduszki, już Azachiel mnie budził.

   Kiedy anioł przestał już się na mnie wydzierać, jakim to jestem śpiochem, zauważyłem, że był już ranek. Przespałem całą noc i wczorajszy wieczór, ale nadal byłem zmęczony.
   — To przez te przeżycia — stwierdził Azachiel, kiedy się przebierałem. Na szczęście lub nieszczęście, w końcu nastał weekend.
   — Azachiel? Co teraz? — spytałem znad miski płotków owsianych, które znalazłem w którejś szafce.
   — Musimy znaleźć przejście do innego wymiaru. Albo modlić się o przeniesienie w czasoprzestrzeni.
   — Za niedługo zjedzie się tu policja, straż pożarna, CIA i wszystkie inne służby — zauważyłem.
   — Dlatego musimy jak najprędzej się stąd zmywać. Jedz i idź spakować najpotrzebniejsze rzeczy.
   Szybko wypiłem mleko i, nie zawracając sobie głowy zmywaniem, pobiegłem do swojego pokoju.
   Z szafy wyciągnąłem lekki pojemny plecak. Wrzuciłem do niego latarkę, portfel, baterie, dwa puste zeszyty, kilka długopisów i butelkę wody.
   Następnie zszedłem znów do kuchni. Nigdy nie robiłem zakupów, nawet nie zaglądałem do kuchni. Dzisiaj pierwszy raz sam sobie zrobiłem śniadanie. Zacząłem obszukiwać szafki, szukając jakichś długoterminowych produktów. Zabrałem paczkę herbatników, chipsy, pół kilo cukru, kilka konserw i dwa słoiki dżemu. Nigdy nie byłem szczególnie wybredny w kwestii jedzenia, więc ich smak był mi obojętny.
   Azachiel cierpliwie czekał, aż wszystko spakuję. Wszedłem do przedpokoju i zerknąłem na anioła.
   — Czy powinienem wziąć coś jeszcze? — spytałem.
   — Może młotek?
   — Młotek? A po co?
   — Będziesz liczył na mnie, jeśli coś cię zaatakuje? — Azachiel spojrzał na mnie spod uniesionej brwi.
   — Dokładnie taki miałem plan — wyznałem. Nie miałem zielonego pojęcia o walce. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że naprawdę jestem sam. Nie ma ludzi, którzy za mnie uratują rodziców. Trzeba działać.
   — Danielu, mówiłem ci, że nie mam ciała. Nie mogę walczyć z cielesnymi istotami. Tym razem musisz liczyć na siebie.
   Westchnąłem i powlokłem się do warsztatu obok kuchni. Rozejrzałem się za bronią – nie za dużą, nie za małą, ale niczego takiego nie było w tym pomieszczeniu.
   — Może nóż? — zaproponował anioł.
   — Azachiel, jesteś genialny! — wykrzyknąłem i pobiegłem do kuchni. Otworzyłem pierwszą lepszą szufladę.
   — Weź kilka — poradził mój stróż.
   Tak zrobiłem. Do plecaka wsunąłem cztery ostrza – jeden do chleba, jeden niewielki nożyk i dwa zwykłe, po czym wróciłem do przedpokoju.
   Ubrałem czarne, znoszone tenisówki i założyłem bluzę. Do ręki wziąłem kurtkę. W dzień jest ciepło, ale w nocy już nie za bardzo. Wyszedł z domu. Ulica była pusta i cicha. Nie trudząc się zamknięciem drzwi, ruszyłem ścieżka w stronę furtki.
   — Azachiel, jesteś tu? Nie widzę cię.
   — Cii, nie jesteśmy sami. Mów do mnie szeptem, jeśli jesteśmy wśród zwykłych ludzi.
   Zarys sylwek anioła pojawił się po mojej prawej stronie. Skinąłem głową w odpowiedzi i przesuwam przez furtkę. Zamknąłem za sobą bramę. Czułem, że prędko tu nie wrócę.

niedziela, 21 czerwca 2015

2.

Będę używać dywiz ('-'), ponieważ mój telefon nie obsługuje pauz i półpauz.



   - Tato! Otwórz te cholerne drzwi! - wrzasnęła Carmen zza hikorowego drewna.
   Mężczyzna siedzący przy biurku westchnął ciężko i wrzucił nóż do szuflady. Jedna baba w domu to koszmar, ale trzy to tragedia. Wykonał jakiś nieokreślony gest, a drzwi stanęły otworem przed trzema dziewczynami.
   Były to siostry, sądząc po wyglądzie. Wszystkie trzy miały długie do połowy pleców karmelowozłote włosy, wydatne kości policzkowe, malinowe usta i szczupłą sylwetkę. Różniły je tylko oczy i wzrost. Najstarsza, Carmen, liczyła sobie osiemnaście lat. Po matce odziedziczyła zielone oczy. Druga pod względem starszeństwa dziewczyna, Tamara, miała szesnaście lat i złote tęczówki. Dziesięcioletnia Phoebe miała błękitne oczy, zupełnie jak ojciec.
   - Co was tu sprowadza, dziewczęta? - spytał chłodno. Spojrzał najpierw na Phoebe i Tamarę, a następnie przeniósł wzrok na Carmen. Zielonooka rzuciła coś na jego biurko.
   - Co to jest? - warknęła. Była zła, naprawdę wściekła.
   - Notatnik, o ile się nie mylę - odparł beznamiętnie mężczyzna, nie zwracając uwagi na furię córki. - Usiądźcie.
   Tamara i Phoebe posłusznie usiadły na obitych skórą fotelach przed biurkiem, natomiast Carmen dalej stała, opierając się rękami o blat mebla.
   - Carmen Virginio DeVitt, bądź tak łaskawa i usiądź.
   - Dziękuję, postoję. Kim jest Winston? - spytała bez ogródek.
   - Odpowiem, kiedy wy odpowiecie na moje pytania. Skąd macie ten dziennik? - ojciec grał na zwłokę. Nie mógł powiedzieć córkom prawdy, przynajmniej nie teraz.
   Carmen zamilkła. Mężczyzna spojrzał na Tamarę. Ta też nic nie powiedziała. Dopiero Phoebe zaczęła mówić.
   - Carmen znalazła go w twojej sypialni.
   - Dziękuję bardzo, siostrzyczko - mruknęła Carmen i z naburmuszoną miną klapła na fotel.
   - Dziękuję ci, Phoebe - powiedział ojciec dziewcząt.
   - To jak? Opowiedz nam o Winstonie - zażądała Carmen.
   - A magiczne słowo, Carmen Virginio?
   - Tato, jestem Carmen, a nie Carmen Virginia! - wściekła się zielonooka.
   - Magiczne słowo?
   - Proszę - dziewczyna wypluła to słowo jak największe przekleństwo.
   - Winston Charles DeVitt był waszym wujkiem, a moim bratem. Pochodził z...
   Samuel DeVitt utknął w martwym punkcie. Okłamać je czy odsłonić część prawdy? Kłamstwo może uchronić dziewczęta na dłużej niż prawda. Prawda może tylko zaszkodzić jego córkom.
   - Pochodziliśmy z wyspy Kenestra. Mieliśmy jeszcze dwie siostry, Miriam i Monicę. Monica miała cztery lata, kiedy wpadła do studni. Miriam wydano za księcia wyspy. Niestety później doszło do wojny pomiędzy klanamimi. Razem z Winstonem i dwoma kobietami, moją żoną Cleopatrą i jego żoną Felimatą uciekliśmy stamtąd. Osiedliliśmy się tutaj. Pewnej nocy Winston zniknął. Było to prawie dwadzieścia lat temu. Od tamtej pory go nie widziałem. Zostawił po sobie jedynie Felimatę i ten dziennik. Nie wiem gdzie jest, ani co robi. Mam nadzieje, że pozostał żywy.
   Samuel DeVitt pogratulował sobie dobrego wykonania. Modlił sie tylko o to, żeby dziewczęta nie przeczytały końcówki dziennika, którą on czytał tak często, że znał ją na pamięć.
   - Odnajdziemy wujka Winstona, tato - powiedziala z przekonaniem Phoebe.
   - Nawet się nie ważcie! To niebezpieczne! - zaprotestował ostro ojciec.
   - A na końcu była wzmianka o jakimś nożu... - powiedziała Tamara.
   Więc jednak przeczytały, pomyślał DeVitt. Niech je cholera jasna weźmie!
   - Winston czasami bywał... Nienormalny. Miał bujną wyobraźnię.
   Nastała chwila milczenia.
   - Idźcie już - powiedział mężczyzna. Carmen, Tamara i Phoebe wyszły posłusznie, nadal się nie odzywając.
   Kiedy zamknął drzwi machnięciem ręki, otworzył szufladę. Pogładził palcem ostrze noża i zatopił się w myślach.


~*~

Daniel

   Drogę do domu pokonałem biegiem. Wpadłem do przedpokoju i zatrzymalem się raptownie, nasłuchując. Żadnego znaku życia. Tylko nienaturalna, przerażająca cisza. Nie słyszałem ani służących, ani głosów rodziców, ani miauczenia małych kociaków, które dopiero co urodziła Sascha. Nic.
   Przeszedłem do salonu. Wyglądał tak jak zwykle - zielone ściany, jasne panele, ciemnobrązowe meble. Szklany stolik do kawy, odbite skórą kanapy, telewizor na całą ścianę, wejście na ogromny taras.Tu również nie było ani śladu.
   Przeszukałem cały dom. Na darmo. Na końcu wszedłem do swojego pokoju i stanąłem jak wryty.
   W moim pokoju stał tyłem do mnie jakiś mężczyzna.
   Był ubrany w czarny garnitur, szyty na miarę, miał ciemne włosy. Powoli odwrócił się w moją stronę i dostrzegłem więcej szczegółów.
   Ciemnoskóry mężczyzna miał krzaczaste brwi i oczy jak dwa węgielki. Szerokie usta wygięte w okropnym uśmiechu i duży nos, złamany w kilku miejscach nadawał mu nieprzyjemny wyraz twarzy.
   - Czekałem na ciebie, Danielu Simpson - powiedział cicho, ale wyraźnie. Miałem ochotę uciec jak najdalej. Nie podobał mi się ten typ.
   - Kim jesteś? - spytałem, rozglądając się za jakąś bronią. Na moje nieszczęście miałem idealny porządek.
   - Jestem Lysander. Lysander Wayne - przedstawił się.
   - Czego chcesz?
   Zacząłem uświadamiać sobie, że jestem skazany na przegraną. Nie miałem szans z tym całym Lysanderem. Grałem na zwłokę w nadziei, że sobie pójdzie. Bałem się go.
   - Klucza - powiedział prosto z mostu, nadal z tym strasznym uśmiechem.
   - Na dole, na stole w korytarzu leży pełno kluczy. Weź je sobie i daj mi święty spokój.
   - Nie chodzi mi o taki klucz. Chodzi mi o ten inny klucz.
   - Jaki klucz?
   - Ten, o którym opowiadali ci rodzice.
   - Moi rodzice są w to zamieszani? - zdziwiłem się. Nigdy nawet nie wspomnieli przy mnie o jakimkolwiek kluczu, przynajmniej sobie nie przypominam.
   - Oczywiście. Ukradli nam go, kiedy polowaliśmy na błękitne sowy - powiedział Lysander. Nie wiedziałem, czy mam mu wierzyć, czy nie.
   Lysander zrobił krok w moją stronę, potem następny. Sparaliżowany ze strachu nawet nie drgnąłem. Nagle zatrzymał się niecały metr przede mną. Wyciągnął rękę, ale natychmiast ją cofnął, jakby coś go poparzyło.
   - Wiem, że wiesz, gdzie go ukryli - wysyczał Lysander. Zrobiło mi się gorąco że strachu. Nigdy wcześniej nie zaznałem takiego uczucia. Adrenalina pulsowała mi w żyłach, słyszałem głośne bicie mojego serca.
   - Ale ja nie mam pojęcia...
   - Chodź ze mną. Nie zrobię ci krzywdy, obiecuję - powiedział już znacznie spokojniej. Wyciągnął rękę zapraszającym gestem. ,,Nie ufaj mu", powiedział jakiś głos przy moim uchu. Obejrzałem się za siebie, ale nie zobaczyłem nikogo.
   - Azachielu, wiem, że tu jesteś. Nie ukrywaj się - powiedział Lysander do powietrza. Nadal miał dłoń wysuniętą w moją stronę. Ukradkiem cofałem się małymi kroczkami w stronę wyjścia.
   Nastała cisza. Lysander rozglądał się po moim pokoju, a ja skupiałem się na wyjściu. Niespodziewanie Lysander mnie dotknął. Ledwie musnął moją skórę, ale poczułem się niekomfortowo. Teraz już nie odróżniałem kolejnych uderzeń serca, wszystkie zlały się w jedną melodię. W chwili, kiedy skóra Lysandera dotknęła mojej, zobaczyłem dwie rzeczy.
   Pierwsza - nie byliśmy sami w pokoju. Obok mnie, z przerażeniem wymalowanym na twarzy unosiła się półprzezroczysta postać - może duch albo jakaś inna istota zza świata.
   Druga - Lysander wcale nie był człowiekiem. Zobaczyłem kły ostre jak sztylety i skrzydła nietoperza, wyrastające mu z barków. Zamiast rąk miał palce z pazurami, każdy długi na co najmniej dziesięć centymetrów.
   Lysander wziął swoją rękę z mojej, ale obraz nie znikał. Ciągle widziałem szpetnego mężczyznę i przerażonego człowieka obok. Nagle duch rzucił się na Lysandra. Rozległ się jęk tego drugiego, a duch zaatakował ponownie. Jednak Lysander był na to przygotowany. Ciał szponem i natrafił na udo tego Azachiela, czy jak go tam nazwał. Duch skądś wytrzasnął sztylet i zadźgał Lysandera. Ten poruszył się jeszcze i jęknął, aż w końcu znieruchomiał i rozpłynął się w powietrzu.
   Serce nadal tłukło się o żebra, mięśnie były jak z kamienia. Nie potrafiłem wymówić ani słowa, więc po prostu niezgrabnie usiadłem na panelach.
   - Co tu się dzieje? - spytałem sam siebie. Półprzezroczysty duch nadal unosił się w miejscu, gdzie przed chwilą znajdował się Lysander. Nadal go widziałem, chociaż zaczął blednąć, a jego kontury rozmywały się.
   - Mamy problem - powiedziała istota, już prawie niewidoczna dla moich oczu. Jej głos był czysty i wyraźny, przyjemnie było go słuchać.
   - Jaki problem? - spytałem głośno.
   Istota chyba się przestraszyła, ponieważ na powrót stała się widzialna. Jej postać była tak wyraźną, że niemal namacalna.
   Także miała skrzydła, ale nie nietoperze, lecz pierzaste. Lekko niebieskawa skóra błyszczała w słońcu, które wypadało przez okno. Ciemne loki opadały na alabastrowe czoło i hipnotyzujące niebieskie oczy. Pierś postaci falowała w rytmie jej oddechu. Ubrana była w... Nie była ubrana. Jej szczupłej sylwetki nie zdobiła żadna tkanina. Tylko błękitna skóra.
   Zawstydzony spuściłem wzrok. Nie miałem pojęcia, czy to on, czy ona. Jeśli to byłaby ona... Nie, wolę o tym nie myśleć.
   - Widzisz mnie? - spytała cicho. Pokiwałem głową, dalej na nią nie patrząc. - Danielu...
   Dopiero wtedy spojrzałem jej w twarz. Nie wiedziałem, czy jest bardziej kobieca czy męska. Nie dało się jednoznacznie tego stwierdzić.
   - Kim jesteś? - zapytałem. Miałem się bać?
   - Jestem aniołem. Twoim stróżem - powiedział.
   - Kobietą czy mężczyzną?
   Zaśmiał się cicho.
   - Anioły nie mają płci tak jak wy, ludzie. Spójrz na mnie.
   Rzeczywiście, tam, gdzie powinna znajdować się męskość lub kobiecość, nie było nic. Tylko bladobłękitna skóra. Przeniosłem wzrok na oczy anioła.
   - Jak masz na imię?
   - Nazywam się Azachiel. Dlaczego mnie widzisz? Nie rozumiem.
   - Ja też. Lysander mnie dotknął i zobaczyłem cię. A Lysander był...
   - Verim. Lysander był verim. Aniołem, tyle że...
   - Złym? Był złym aniołem?
   - Och, nie - Azachiel pokręcił głową. - Nie był złym aniołem. Zbuntował się. Nie można powiedzieć, że ktoś jest dobry albo zły. Wszyscy jesteśmy pół na pół. Tylko od nas zależy, które pół będzie silniejsze. I to dotyczy wszystkich, bez wyjątku. Nawet aniołów i demonów, i wszystkich innych przedstawicieli istot rozumnych. Lysander cię zaatakował, ponieważ myślał, że masz klucz.
   - Ale jaki klucz? Na świecie są miliardy kluczów.
   - Klucz do wszystkiego, Danielu. Lysander chciał zdobyć go dla swojej pani. Jego panią jest Sophia Ruth - wyjaśnił, uprzedzając moje pytanie.
   - Czy anioły wiedzą wszystko?
   - Spytaj, to się dowiesz.
   Milczałem przez chwilę, zastanawiając się nad pytaniem.
   - Dlaczego Sophia Ruth, czy jak jej tam, chce mieć klucz?
   Azachiel wyglądał na zawiedzionego.
   - Spodziewałem się pytania o rodziców. A co do Sophii... Wiem tylko tyle, że nie może dostać klucza.
   - A mama i tata mnie nie obchodzą. Ja ich nie będę ratował z opresji. Przedtem ważniejsza była dla nich kariera, nie ją. Niech sobie radzą sami - powiedziałem. Nawet nie wiem, kiedy ta gorycz i żal zdążyły urosnąć do tak gigantycznych rozmiarów.
   - Są uwięzieni w twierdzy Sophii Ruth - oznajmił Azachiel. Ta informacja nie zrobiła na mnie wrażenia. - Danielu, spróbuj ich zrozumieć. Chcieli cię chronić. Ciebie i klucz. Im mniej wiedziałeś o kluczu, tym bardziej byłeś bezpieczny. A oni mogli przez przypadek wygadać całą prawdę i dlatego się od ciebie próbowali odseparować. Nie wiedzieli o twoich uczuciach. Uratujemy ich. Daj im drugą szansę.
   Słowa anioła dały mi do myślenia. Może ma rację. Co.mi szkodzi im wybaczyć? Nic nie stracę, dużo zyskam. Postanowiłem zostawić decyzję na później.
   - Opowiedz mi o aniołach i demonach - poprosiłem.
   - Ty odpocznij, a ja ci opowiem - powiedział Azachiel.
   Posłusznie niczym pięcioletnie dziecko położyłem się do łóżka. Azachiel usiadł na skraju kołdry, a raczej nie usiadł, bo nie widziałem żadnego śladu na pościeli.
   - A ty? Nie jesteś zmęczony? - spytałem. Anioł był teraz słabo widoczny. Promienie słońca już nie okalały jego sylwetki.
   - Nie mam ciała, które mogłoby być zmęczone. Nie muszę odpoczywać. Pod wieloma względami anioły różnią się od ludzi.
   - Ale Lysander cię zranił.
   - Kiedy anioł przeżywa coś silnego, może być prawie materialny. To znaczy, że ma prawie-ciało. Prawie-ciało tworzy światło, więc to nie są prawdziwe rany. O mnie się nie martw.
   - Czy wszyscy ludzie mają aniołów? Mogę was widzieć? Jak to się stało, że podzieliliście się na aniołów i veri?
   - Spokojnie, Danielu. Masz przede wszystkim odpocząć, a nie zasypywać mnie pytaniami. Opowiem ci teraz o aniołach. Zamknij oczy - polecił anioł. Zrobiłem, co kazał. Azachiel zaczął opowiadać.